Bajka o zamrożonej królewnie

W dalekiej lodowej krainie

żyła zamrożona królewna

która lubiła wszystkie odcienie

czerni i smutku

Miała zamrożoną radość i śmiech

bo przecież takiej królewnie

nie wypada śmiać się i cieszyć

zamrożony płacz

bo taka królewna

nie powinna okazywać słabości

zamrożone dobre słowa

bo dawno już ich nie używała

jej serce też było zamrożone

i już dawno zapomniała co to miłość

Czy w ogóle kiedyś kochała?

Tak… ale to było bardzo dawno temu

wtedy jeszcze jako radosna królewna

zakochała się w radosnym młodzieńcu

który poprosił ją o rękę

ale jej matka – surowa królowa

nie wyraziła zgody

gdyż wybranek nie przyjechał

na białym koniu

a co gorsza w ogóle nie był księciem

więc wypędziła młodzieńca z kraju

Od tamtej pory minęło wiele czasu

królowa matka już dawno umarła

ale zamrożona królewna

nadal lubi kolor czarny i smutek

Może globalne ocieplenie ją uratuje?

 

tekst: Barbara Popławska

rysunek: Elżbieta Rowińska-Garbień

O dzielnym rycerzu, który nie tchórzył przed niczym

Rycerz

w niezbyt lśniącej zbroi

pokonał smoka

Każda blizna na twarzy

to pamiątka po walce z jednym smoczym łbem

A opalone brwi?

To od wybuchającego barana

który okazał się zdecydowanie przereklamowany

(nie ma to jak solidna młócka na dwa miecze)

Idzie odebrać obiecaną nagrodę:

pół królestwa

(druga połowa obiecana w testamencie)

i całą, choć niedużą, królewnę

Dumnie kroczy po miękkim dywanie

spluwa dla równowagi

raz w lewo, raz w prawo

Królewna podziwia

muskuły, blizny, zdecydowany chód

„Może trochę nieokrzesany – myśli – ale to takie ekscytujące”

Ślub był piękny, potem wesele, poprawiny, potańcówki, popijawy

A potem życie:

„Powiedz mi coś miłego”

„Porozmawiajmy o naszej relacji”

„Czy ty mnie kiedykolwiek kochałeś?”

„Dlaczego mnie nie słuchasz?”

Widzieliście może rycerza

w niezbyt lśniącej zbroi?

Bo gdzieś zniknął

 

tekst: Jacek Gientka

rysunek: Elżbieta Rowińska-Garbień

C – jak czas

Zmiana czasu. Przestawianie zegarków. Godzina więcej, godzina mniej. Co zrobisz z dodatkową godziną? Na czym ją spędzisz?

Czas jest jednym z ważniejszych tematów poruszanych w gabinetach psychoterapeutów. Zawsze gdzieś w tle jest przeszłość, przyszłość, teraźniejszość – i ciekawość, gdzie żyje klient.

Zdarza się, że żyje przeszłością – np. tym, co ktoś mu zrobił, jak skrzywdził. A czasem powiedział coś miłego. Niektórzy, jak Al Bundy ze „Świata według Bundych”, rozpamiętują, że kiedyś (w liceum) zdobyli cztery przyłożenia w jednym meczu i gdyby nie małżeństwo, pewnie byliby na kartach kolekcjonerskich z najsłynniejszymi bejsbolistami. Życie w takiej perspektywie czasowej oznacza, że najczęściej przeżywanymi uczuciami stają się: tęsknota za tym, co było, żal, że już tego nie będzie, poczucie krzywdy, czasem chęć zemsty albo pragnienie uzyskania przebaczenia. Niektórzy chcą usłyszeć od osoby, która nas raniła, że przeprasza, że zdaje sobie sprawę, że nie chciała. A najlepiej – że od teraz już będzie inaczej, idealnie.

Niektórzy żyją tylko przyszłością. Wyobrażają sobie, jakie to cudowne rzeczy będą w stanie kiedyś zrobić (jak już zaczną coś robić). Albo odwrotnie, straszą się nieszczęściami, które na nich spadną, bo wszystko musi się źle skończyć, a im bardziej się straszą, tym bardziej ten lęk wydaje się scenariuszem, który musi się spełnić, a nawet już zaczyna rozgrywać się – w wyobraźni. Jakie uczucia przeżywa ktoś, kto żyje przyszłością? Jeśli ma wielkościowe, narcystyczne fantazje, niepoparte możliwościami lub pracą nad sobą, wtedy pojawia się na przemian nadzieja i niepewność oraz lęk lub złość na siebie i innych, gdy przytrafiają się bolesne zderzenia z rzeczywistością. Jeśli przeważają czarne myśli, taki ktoś żyje w ciągłym lęku, napięciu, przygnębieniu i niepewności.

Niektórzy potrafią żyć na przemian (albo jednocześnie) przeszłością i przyszłością, jakby stali w wielkim rozkroku na dwóch kawałkach kry odpływających w przeciwnych kierunkach. Odczuwają wtedy żal, lęk, smutek – wszystko naraz. Mało zostaje na przeżywanie codzienności, spontaniczność.

Zbyt dużo przeszłości – niedobrze, przyszłości – niedobrze, czyli teraźniejszość jest najlepsza? Czy rozsądnie jest żyć samą teraźniejszością, jak konik polny z bajki Jeana de La Fontaine „Konik polny i mrówka”? Czy to jest w ogóle możliwe? Wszyscy zachęcają do „tu i teraz”, czy oznacza to, że mamy zupełnie nie myśleć o przeszłości i przyszłości? Żyć chwilą, uciekać od lęku przed tym, co będzie i żalu za bezpowrotnie straconym czasem?

Przeszłość już była. Nie możemy jej zmienić. Ale można wyciągnąć naukę, zidentyfikować schematy, które wytworzyły się w znaczących związkach z innymi, dostrzec, dokąd nas prowadziły minione decyzje i próbować modyfikować wzorce zachowań czy relacji, które były naszym udziałem. Przyszłości jeszcze nie ma, ale możemy dbać o to, żeby była jak najlepsza, zachowując jednak rozsądek, a nawet pokorę, ponieważ nie da się mieć wszystkiego pod kontrolą. Bycie „tu i teraz” to korzystanie z dnia dzisiejszego, życie pełnią życia, ale ze świadomością i akceptacją tego, co za nami i ze spoglądaniem od czasu do czasu w przyszłość – czy droga, którą wybraliśmy, wiedzie we właściwą stronę, czy nie trzeba skorygować kierunku. Warto zadbać o taki balans pomiędzy wczoraj, dziś i jutro. Dzięki temu możliwe stanie się prawdziwe smakowanie życia. „Trzeba natychmiast żyć. Jest później, niż się wydaje”, jak napisał Baptiste Beaulieu.

Jacek Gientka

Psycholog, psychoterapeuta

Czy prof. Zimbardo ma rację?

…i czy trzeba zjeść z nim kolację, żeby się o tym przekonać? Od razu odpowiadam: nie jadłam z nim kolacji, chociaż była taka możliwość. Natomiast z ciekawością skorzystałam z zaproszenia na konferencję „Mężczyzna 3.0” organizowaną przez Instytut PWN. Gościem specjalnym konferencji był właśnie prof. Philip G. Zimbardo, uznany na świecie „głos i twarz współczesnej psychologii”. Pośród jego ponad 400 publikacji naukowych, w tym 50 popularnonaukowych książek, znajdują się: najstarszy i wciąż używany podręcznik „Psychologia i życie” oraz „Psychologia. Kluczowe koncepcje”, której nowe wydanie miało premierę w dniu konferencji, czyli 13 października 2017 roku. Skąd więc tytuł mojego tekstu?

Czy chcę podważyć ten uznany autorytet? Oczywiście, że nie, ale jest temat, w którym nie tylko ja wolałabym, żeby prof. Zimbardo nie miał racji. Myślę o kryzysie męskości, o którym wygłosił wykład na wspomnianej konferencji, odwołując się do książki „Gdzie ci mężczyźni” (jest jej współautorem). Wyniki badań są alarmujące. W swoim wykładzie prof. Zimbardo akcentował uzależnienie młodych mężczyzn od gier wideo (od 5 do 15 godzin grania na dobę!). Mężczyźni mają w nich jasne zasady działania, zawsze mogą wygrać, łatwo przechodzą kolejne etapy, prowadzące ich do coraz bardziej spektakularnych zwycięstw. Uciekają w świat wirtualny, bo funkcjonowanie w nim jest zdecydowanie mniej skomplikowane i przynosi dużo więcej satysfakcji niż w świecie realnym, w którym są nie tylko zwycięstwa ale i porażki. Współczesny męski świat kurczy się do rozmiaru laptopa lub smartfona, w którym wszystko może być nienaturalnie piękne i duże. Tak, była mowa też o rozmiarach, na tyle istotnych dla młodych mężczyzn, że po obejrzeniu pornografii w internecie wpadają w kompleksy, gdyż często jest to dla nich jedyne źródło edukacji seksualnej. W rezultacie zaczynają unikać bliskości seksualnej, bo nie wydaje im się aż tak spektakularna, jak w porno-filmach. Młodzi mężczyźni stają się coraz częściej jedynie konsumentami, nic nie tworzą, unikają nauki i pracy. Z kolei brak aktywności fizycznej i śmieciowe jedzenie powodują otyłość, która wpływa na zmniejszenie ilości testosteronu i spadek libido. Natomiast ci, którzy dbają o swój wygląd i rzeźbią sylwetkę na siłowni, czasami popadają w drugą skrajność: bigoreksję, czyli obsesję na punkcie budowania masy mięśniowej i specjalnej diety.

Tak, wolałbym jednak, żeby prof. Zimbardo nie miał racji, ale niestety kryzys męskości narasta. Konieczne są rozwiązania systemowe, według Profesora trzeba tworzyć programy mentorskie dla mężczyzn, wspierać rolę ojca (urlopy tacierzyńskie). W szkołach, a nawet już w przedszkolach, powinno być więcej mężczyzn nauczycieli i wychowawców, zaś na kolejnych etapach edukacji trzeba uczyć praktycznych umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach w realnym życiu, rozbudzać ciekawość, mobilizować do zadawania pytań, uczyć uważności i umiejętności interpersonalnych, pracy w grupie. Edukacja seksualna powinna odbywać się w szkole, żeby internet nie był pierwszym i jedynym źródłem tej nauki, powodującym frustracje i nieprawdziwe wyobrażenia o tej istotnej sferze życia. Trzeba uczyć mężczyzn wrażliwości, okazywania emocji, szacunku do siebie i do innych, uczyć budowania zdrowego poczucia własnej wartości w realnym życiu. Rodzice powinni przestać wyręczać synów we wszystkich codziennych obowiązkach i przestać cieszyć się faktem, że nigdzie nie wychodzą z domu, tylko „spokojnie coś robią w internecie”. Niech każdy z domowników, bez względu na płeć, ma partnerski wkład w pracę i obowiązki na rzecz rodziny. Łatwo powiedzieć… tylko jak to zrobić?

Otóż okazuje się, że już zaczyna się  dziać coś pozytywnego w obszarze ojcostwa wśród mężczyzn partnersko uczestniczących we wspólnym wychowywaniu dzieci. Organizatorzy konferencji zaprosili kilku ojców, którzy mogą być mentorami dla innych.

Tomasz Grzyb przekonywał w czasie swojego wystąpienia, że czas spędzony przez ojca z dzieckiem jest niezmiernie ważny i na pewno nie może ograniczać się do 40 sekund dziennie! Tak, to nie pomyłka: badania prowadzone nad 1796 brytyjskimi rodzinami pokazały, że właśnie tyle czasu – 40 sekund – średnio spędzają ojcowie ze swoimi dziećmi. Ten brak poświęconego czasu i uwagi kładzie się cieniem na całe życie dzieci, które dorastają właściwie bez ojców. A tyle fajnych rzeczy można robić z dziećmi, jak zapewniał dr Grzyb: piec chleb, grać w gry planszowe, robić coś z niczego (sztuka recyklingu). Również bardzo ważne, żeby uczyć dzieci, że porażka to część życia każdego człowieka i właśnie z porażek uczymy się więcej niż z sukcesów. A najważniejszą chyba puentą dr. Grzyba było stwierdzenie „kochaj, bo to fajne jest”… i cóż więcej dodawać?

No może jeszcze tyle, że bardzo ciekawie o współczesnym ojcostwie opowiadał również Kamil Nowak, który wierzy, że zaangażowane ojcostwo jest bardzo ważne, czemu daje wyraz, a nawet wiele wyrazów, na swoim blogu Ojciec (mam nadzieję, że w życiu codziennym również). Na konferencji zacytował wypowiedź Franka Pittmana (psychiatry i psychoterapeuty): ”Faceci, którzy obawiają się zostać ojcami, nie rozumieją, że ojcostwo to nie jest coś, co robią doskonali mężczyźni, ale coś, co udoskonala mężczyznę. Końcowym produktem wychowania dzieci nie jest dziecko, ale rodzić”. Najchętniej zapytałabym żony/partnerki tych facetów jakimi oni są mężami/partnerami w codziennym życiu? A może to temat na kolejne spotkanie?

Nie wymieniłam wszystkich uczestników konferencji, bo nie to było moim celem. Zainteresowanych odsyłam do materiałów Instytutu PWN. A puentą tej konferencji niech będzie stwierdzenie prof. Zimbardo, że bliskość ojca w dzieciństwie powoduje lepsze życie, w czym można mu przyznać rację, odpowiadając na pytanie zadane w tytule! 🙂

Panowie, jest sporo zadań, które trzeba odrobić! Jakich? Na przykład takich: zaangażowane partnerstwo, ojcostwo, podjęcie działania w kierunku zmiany, wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, które składa się również z porażek, nie tylko ze zwycięstw… a wszystko to w świecie realnym, więc po przeczytaniu tego tekstu proszę wyjść z netu i wziąć się do realnej pracy. Może usłyszę, że dzisiejsze czasy to również kryzys kobiecości… ale to już temat na inny tekst i może również na konferencję? A jeśli się okaże, że to w ogóle kryzys człowieczeństwa? Będę ciekawa Waszych przemyśleń i obserwacji. Może warto zmieniać i definiować na nowo kolejne etapy życia?

 

Barbara Popławska

Coach

Nie bój się kolorów

Coach w kinie

Co wiesz o życiu i twórczości kanadyjskiej malarki Maud Lewis? Jeśli niewiele, to koniecznie wybierz się na film „Maudie” (reż. Aisling Walsh, scen. Sherry White). A jeśli nawet wiesz całkiem sporo, to również się wybierz. Nie tylko ze względu na jej fantastycznie kolorowe imaginacje, malowane na wszystkim, co się tylko dało pomalować, ale głównie na możliwość zobaczenia wzruszającej opowieści o kruchej, filigranowej kobiecie (świetnie zagranej przez Sally Hawkins), której choroba (reumatoidalne zapalenie stawów) nie przeszkodziła w realizacji marzeń. Na pewnym etapie, wbrew wszelkim trudnościom i przeciwnościom, malowanie stało się jej pasją i stylem życia. Kiedy w sytuacji przełomowej, znajoma zadaje pytanie schorowanej Maudie, skąd czerpie siłę, ta odpowiada, że nie wie, ale dopóki trzyma pędzel przed sobą i może malować, to życie ma sens. Poza tym nie ma dużych potrzeb. Swoje obrazy sprzedawała po 5 dolarów (a teraz na światowych aukcjach osiągają cenę kilkudziesięciu tysięcy dolarów).

Po obejrzeniu filmu napisałam poniższą listę, z wdzięczności za ten wzruszający obraz:

  • nie pozwolić decydować innym, co jest dla nas ważne
  • nie oczekiwać zbyt wiele
  • dodawać radosnych, ciepłych kolorów życiu i otoczeniu
  • realizować swoje pasje, wbrew przeciwnościom
  • szukać możliwości nawet tam, gdzie trudno je dostrzec
  • mieć szacunek do siebie
  • dawać szansę miłości
  • uśmiechać się wbrew wszystkiemu
  • okazywać wdzięczność
  • mieć kawałek swojego świata, do którego wstęp mają tylko wybrane osoby.

Aha, film opowiada też o trudnej, a wręcz niemożliwej miłości dwojga na pozór zupełnie niepasujących do siebie osób… A chusteczki przydają się widzom, wcale nie z powodu kataru.

 

Barbara Popławska

Coach

MUSISZ zabija CHCĘ

Za nami pierwsze tygodnie nowego roku szkolnego. Marzymy by nasze dziecko ukończyło ten rok ze świadectwem z wyróżnieniem. Organizujemy więc dodatkowe zajęcia pozalekcyjne, korepetycje, motywujemy do udziału w konkursach, olimpiadach. Pilnujemy ocen i dobrego zachowania w szkole. Chcąc być dobrymi rodzicami pomagamy dziecku przy odrabianiu lekcji, motywujemy do nauki. Pragniemy by nasze dziecko nie popełniło tych samych błędów co my i osiągnęło w życiu więcej. Nasze oczekiwania rosną, gdy dziecko je sukcesywnie spełnia. Pogoń za zdobyciem najlepszego wykształcenia stała się kwestią priorytetową. Czy kierowani dobrymi pobudkami możemy zrobić krzywdę dziecku? Przeprowadzone badania wykazały, że zachowanie, które rodzice interpretują jako wspierające, dziecko często postrzega jako wywieranie presji.

Jakie mogą być tego konsekwencje? Długotrwałe przemęczenie prowadzące do wypalenia, depresja. Mogą pojawić się objawy psychosomatyczne, jak np. bóle głowy, a także zaburzenia zachowania o różnym nasileniu, w tym zachowania antyspołeczne.

Dziecko obarczone przymusem zadowolenia rodzica przestaje myśleć o zaspokojeniu swoich potrzeb. Kierowane przez rodzica, nie nabywa umiejętności samodzielnego podejmowania decyzji. Skutek? Narastające nieprzystosowanie społeczne i nieumiejętność odnalezienia się we dorosłym życiu.

Im większy nacisk – tym większy opór. Nie zapominajmy, że dzieci mają prawo do rozwijania swoich pasji i zainteresowań. Powinny mieć prawo wyboru swojej drogi życiowej. Umożliwiajmy im to. Gdy dziecko jest czymś naprawdę zainteresowane, wtedy może wszystko! Ale „ Musisz!” zabija „Chcę”…

 

Justyna Kuczmierczyk

Psychoterapeuta

Podróż w czasie

Coach w kinie

Czy miewacie marzenia, żeby podróżować w czasie? Przenieść się do zupełnie innej epoki i znaleźć się w innym miejscu? Bo ja bardzo chciałam odbyć taką podróż i wybrać się na koniec XIX wieku. Ostatnio nadarzyła się świetna okazja. Kinoteka daje taką możliwość na filmie „Bracia Lumiere”. Przed filmem pytałam różne osoby z jakimi tytułami kojarzy im się nazwisko Lumiere. Niektórzy wymieniali „Wyjście robotników z fabryki”… i to właściwie był koniec znajomości tytułów. Aż do czasu premiery filmu „Bracia Lumiere”, dzięki któremu wiadomo sporo więcej, np. że bracia Louis i Auguste Lumiere nakręcili 1400 krótkich filmów, żeby „pokazać światu świat” jak mówili.

Therry Fremaux – dyrektor festiwalu filmowego w Cannes, wyłuskał z tego ogromnego wyboru też całkiem sporo, bo 114 filmów i ułożył z nich opowieść o epoce początków kina. Bardzo to ładna opowieść, pełna humoru, sentymentalnych historii i wielu ciekawych scen, a głos z offu zwraca nam uwagę na różne sytuacje i detale z tamtej epoki.

Pierwszy raz widziałam jadący po szynach piętrowy tramwaj… tak, tramwaj, zaś autobusy ciągnięte przez konie. Zobaczyłam, jak wyglądał Lyon w tamtych czasach, spojrzałam z wieży Eiffla na ówczesny Paryż. A jakie wspaniałe stroje można zobaczyć na ulicach wielu europejskich miast… i to wcale nie kostiumy filmowe, tylko autentyki. Na chwilę też zajrzałam do ówczesnego Egiptu, do Wietnamu i do Ameryki.

Poezja filmowego obrazu. Wyobraźcie sobie, że nikt nie patrzy w ekran smartfona ani laptopa. Ludzie patrzą na siebie, przed siebie, patrzą w niebo, w morze… Pracują, odpoczywają, spędzają czas w różnych miłych okolicznościach… grają w gry towarzyskie, tańczą, podróżują bez nawigacji… wiele ciekawych i miłych sytuacji. Zachęcam do tej 90-minutowej podróży… bez smartfonów 🙂 Naprawdę warto. A dla znających francuski, dodatkowy bonus: komentuje sam Therry Fremaux. Ale nieznających ojczystego języka braci Lumiere uspokajam: są napisy 🙂

Barbara Popławska

Coach

Czas na…

Coach w kinie

 

Byłam niedawno w kinie na filmie „Zawsze jest czas na miłość” (reż. J. Hopkins). Myśląc o tym filmie chyba rozszerzyłabym tytuł o kilka istotnych punktów…

Nigdy nie jest za późno:

  • na zmiany
  • na odważne i niepopularne decyzje
  • na rozstanie się z pseudo-przyjaciółmi, którzy chcą po swojemu urządzać twoje życie
  • na zadbanie o siebie
  • na przypomnienie sobie o swojej pasji
  • na pójście pod prąd
  • na wyrwanie się z utartych schematów
  • na celebrowanie małych przyjemności
  • na życie w zgodzie ze sobą
  • na docenienie siebie

Zazwyczaj staram się nie sięgać po słowa „zawsze” i „nigdy”, ale tutaj zrobiłam wyjątek, bo mają one swoje uzasadnienie.

Zaś co do filmu, to bardzo przyjemna i prawdziwa (oparta na faktach) opowieść z fajną rolą Diane Keaton i Brendana Gleesona.

Będę oczywiście ciekawa Twojej listy po obejrzeniu filmu… a może jeszcze przed? Takie wstępne ćwiczenie w myśleniu o tym, co jest ważne i czy dajesz sobie na to zgodę i czas…

 

Barbara Popławska

coach

Po co są wakacje?

Zadawałam to pytanie wielu osobom. Zamieszczam tu odpowiedzi, w kolejności ich otrzymywania.

Wakacje są po to, żeby:

  • przyjrzeć się sobie bez rutyny
  • oderwać się od bieżących zajęć
  • zmienić otoczenie
  • mieć przygodę
  • zajrzeć w daleki pejzaż
  • zainspirować się morzem
  • zmęczyć się w górach
  • leżeć na kanapie i gapić się w sufit
  • nie spełniać oczekiwań
  • zdjąć maskę i się wyspać
  • mieć święty spokój
  • poznawać nowe – ludzi, przyrodę, zabytki
  • integrować rodzinę we wspólnym wypoczynku, ale i odpocząć od rodziny
  • zadbać o każdą sferę siebie
  • powędrować po kraju i świecie
  • zwiedzać
  • nacieszyć się nowymi krajobrazami
  • dopieścić ciało
  • patrzeć na zielony kolor
  • zanurzyć się w chłodnej wodzie
  • leżeć na słońcu
  • cieszyć się z bycia z bliskimi bez codziennych oczekiwań, wymagań i obowiązków
  • długo rozmawiać z przyjaciółmi, bez myślenia, że rano trzeba wstać
  • zadbać o „higienę” ducha i myślenia
  • spojrzeć na to samo z innej perspektywy
  • dostrzec piękno otaczającego nas świata
  • być bliżej nieba, bliżej natury
  • doświadczać radości w zwolnionym tempie
  • naładować baterie
  • poznać coś/kogoś nowego – nowe miejsca, nowe kuchnie
  • zmienić otoczenie i rytm życia
  • nie robić nic, albo wszystko to, czego nie robimy zazwyczaj
  • i żeby budzik też miał czas odpocząć…

A dla Ciebie po co są wakacje?… Może potraktujesz te 33 odpowiedzi jako inspiracje?

 

Barbara Popławska

coach

Marzenie – plan – realizacja

Być w Liverpoolu i nie doświadczyć Beatlesów? To niemożliwe. Ale być tam i w tym kontekście doświadczyć siebie, to fantastyczna przygoda.

Dostałam niedawno zaproszenie na ciekawe wydarzenie w Liverpoolu, więc nie zastanawiając się ani chwili, wsiadłam do samolotu i już po ponad dwóch godzinach podróży powitały mnie na lotnisku słowa piosenki „Imagine”. Wystarczy spojrzeć w górę, żeby zobaczyć najważniejsze cytaty z „Imagine”. Zatrzymaj się na chwilę, poczytaj, pomyśl… zdaje się mówić Lennon na powitanie. A może – nie przegap tego, co najważniejsze? Bo „life is very short” jak nucę w następnej piosence. Od tej pory piosenki Beatlesów będą mi towarzyszyć w Liverpoolu cały czas.

Przed lotniskiem stoi ogromna, żółta łódź podwodna… dla mnie to nie tylko kolejne nawiązanie do Beatlesów, odczytuję to również jako zachętę do zanurzenia się w ciekawe możliwości, które czekają w Liverpoolu.

Opowiem krótko o jednej z nich. Postanowiłam zrealizować moje marzenie, zamienione w plan, żeby zaśpiewać na scenie Cavern – klubu, w którym Beatlesi grali swoje pierwsze koncerty, zanim wyruszyli na podbój świata. Tak, zaśpiewać! Nie tylko być tam na jednym z kilku koncertów odbywających się w tym czasie, ale wejść na scenę i zaśpiewać „Imagine” i „All you need is love”. Już samo przebywanie w tym klubie to fantastyczne emocje, a słuchanie na żywo piosenek wykonywanych przez ludzi w każdym wieku to wielka frajda.

Ale przyszedł moment wyzwania dla mnie: wejścia na scenę, zmierzenia się ze sobą i swoim nie-perfekcyjnym angielskim, oswojenia tremy, zapanowania nad głosem, melodią i tekstem. Udało się, zaśpiewałam! To jedno z fantastyczniejszych doświadczeń. Właśnie tu i właśnie w taki sposób. Wielka radość!

 A teraz ciekawostka: w Liverpoolu są dwa miejsca o nazwie Cavern – jedno ma w swojej nazwie „club” a drugie „pub” i żeby było ciekawiej, oba mieszczą się przy tej samej ulicy, niedaleko siebie, można powiedzieć, że prawie naprzeciwko. Do obu przybywają ludzie z całego świata, żeby posłuchać na żywo piosenek Beatlesów i wszyscy są przekonani, że znajdują się właśnie w tym historycznym miejscu. Ale jedno z nich jest bardziej beatlesowsko-historyczne, a drugie tworzy ten klimat dobrze i skutecznie.

Ażeby przekonać się, która scena jest tą „najbardziej Beatlesową” warto odwiedzić The Beatles Story, gdzie wszystko się wyjaśnia… a nawet jeszcze więcej. W tym muzeum bardzo ciekawie i wielobarwnie jest pokazana, opowiedziana, sfotografowana, sfilmowana historia Beatlesów. To na pewno punkt obowiązkowy w czasie pobytu w Liverpoolu, zarówno dla tych, którzy niewiele wiedzą o historii słynnej czwórki, jak i dla tych, którym się wydaje, że wiedzą prawie wszystko. To historia o czterech chłopakach, którym na samym początku, po odsłuchaniu nagrania demo, żadna wytwórnia nie chciała wydać pierwszej płyty. Dopiero zagrany z pasją mini koncert na żywo spowodował, że jeden z wydawców zaryzykował, bo urzekli go wtedy swoją osobowością i poczuciem humoru… a wcale nie muzyką :).

Dlatego nie daj sobie wmawiać, że realizacja jakiegoś marzenia jest niemożliwa. Zamieniaj marzenia w konkretne plany… i działaj… nie tylko w Liverpoolu :).

Barbara Popławska

Coach