Być jak Toni Erdmann*

Coach w kinie

  • nie traktować siebie zbyt poważnie
  • mieć dystans do ludzi i wydarzeń
  • obśmiewać przesadne napuszenie
  • nie dać się zbyć, gdy na czymś naprawdę zależy
  • cieszyć się drobiazgami
  • nie przegapić ważnych sytuacji
  • szanować odrębność innych
  • nie wygłaszać prawd życiowych, ale czasami umieć je wykreować w metaforze
  • być adekwatnie nieadekwatnym
  • mieć odwagę i siłę na przełamanie poczucia obciachu w imię czegoś ważnego
  • umieć wejść w przebraniu do nie swojej bajki
  • znaleźć piosenkę, której słowa okażą się bardziej trafne niż filozoficzna rozmowa

To moja lista, po obejrzeniu filmu „Toni Erdmann” (scenariusz i reżyseria Aren Made).
Można czytać i/lub stosować w różnej kolejności, i w dowolnym wyborze. A można też zrobić swoją listę po tym filmie. Zachęcam…

*Nie interpretuj tego tytułu zbyt dosłownie, bo zazwyczaj oczywiście namawiam do bycia sobą, a przecież inspiracje można czerpać również z filmu.

Barbara Popławska

Coach

D jak Dorosłe Dzieci Alkoholików

Niektórzy specjaliści mówią o DDA (skrót od Dorosłe Dzieci Alkoholików) jako o syndromie, zespole pewnych cech. Inni traktują raczej jako wspólnotę przeżyć, trudnych doświadczeń z dzieciństwa. Są też tacy, którzy twierdzą, że DDA nie istnieje, jest pozorną diagnozą, konsekwencją nadinterpretacji popełnionych kiedyś i następnie powielanych bezkrytycznie przez psychologów. Nie ulega jednak wątpliwości, że trudniej jest radzić sobie w dorosłości ludziom z doświadczeniem wychowywania się w rodzinie, w której życie toczyło się wokół alkoholizmu jednego lub obojga rodziców (opiekunów). Podobnie zresztą jest w przypadku narkomanii, przemocy i innych dysfunkcji, rezultatem których jest zaburzenie naturalnego podziału ról na zapewniających bezpieczeństwo dorosłych i korzystające ze zdrowej atmosfery dzieci.

Nietrudno wyobrazić sobie – albo przypomnieć – że dzieciństwo w rodzinie, w której jedno lub dwoje rodziców nadużywa alkoholu, zwykle nie jest okresem sielskim ani nawet bezpiecznym. Właściwie nigdy nie wiadomo, czy rodzic-alkoholik przyjdzie trzeźwy, czy pijany, czy przyjdzie w ogóle, czy będzie spokojny, czy będzie się awanturował. Czasem nie wiadomo na kim wyładuje swoją złość. Bywa, że rodzic nieuzależniony próbuje chronić dzieci przed pijącym małżonkiem, a nawet ukrywać trudną prawdę przed dziećmi. W pewnym momencie nie da się dłużej udawać, że nie ma problemu, bo konsekwencje alkoholizmu stają się widoczne gołym okiem. Dziecko w takiej sytuacji staje się jednym z elementów mechanizmu: rodzina z problemem alkoholowym.

Dzieci w tego typu trudnych sytuacjach wyobrażają sobie, że przez swoje zachowanie mogą wpłynąć na to, co dzieje się w rodzinie. Czasem stają w obronie trzeźwego rodzica, kiedy ten jest wyzywany albo bity, czasem ukrywają prawdę przed otoczeniem, czasem starają się rozweselić pijącego i awanturującego się ojca czy matkę. Wiemy, że działania takie z góry są skazane na porażkę, ponieważ z problemem alkoholowym trudno sobie poradzić bez pomocy terapii.

Specjaliści wyróżniają kilka ról, w jakie wchodzą dzieci w rodzinach alkoholowych:

  • „bohater rodziny” – to mały dorosły, bardzo odpowiedzialny, potrafi sprzątnąć, ugotować, zająć się młodszym rodzeństwem;

  • „kozioł ofiarny” – dziecko, które skupia na sobie całą negatywną uwagę otoczenia, odciągając ją od rzeczywistego problemu, jakim jest nadużywanie alkoholu przez rodzica; rodzina może obarczyć odpowiedzialnością za trudną sytuację takie niepokorne, agresywne, czasem nadużywające narkotyków dziecko;

  • „dziecko maskotka” – ma za zadanie uspokoić rodzica, który wpada w złość, poprawić nastrój wszystkim członkom rodziny; jest traktowane jak niedojrzałe i nierozumiejące nic z tego, co dzieje się wokół;

  • „niewidzialne dziecko” – to takie dziecko, które nie zwraca na siebie uwagi, jest niewymagające, siedzi w kącie i niczego nie potrzebuje.

W rodzinach wielodzietnych dzieci w zależności od kolejności urodzenia mogą przyjmować różne role, może się zdarzać też, że role te będą ulegały zmianie, bądź jedno dziecko będzie reprezentowało kilka typów.

Nie jest niczym dziwnym, że lata spędzone na wypełnianiu wciąż tej samej roli odbijają się na funkcjonowaniu człowieka w dorosłym życiu. Często okazuje się, że po osiągnięciu samodzielności wciąż powtarza się te same wzorce zachowania, zupełnie, jakby wpadło się w mocno wyżłobioną koleinę.

Amerykańska psycholożka Janet Woititz, której praca przyczyniła się do większego dostrzegania wpływu wychowania w rodzinie alkoholowej na dalsze życie, w książce „Dorosłe dzieci alkoholików” pisała, że:

  • Dorosłe dzieci alkoholików muszą domyślać się, jakie zachowanie jest normalne.

  • Dorosłe dzieci alkoholików mają trudności z przeprowadzeniem swoich zamiarów od początku do końca.

  • Dorosłe dzieci alkoholików kłamią, gdy równie łatwo byłoby powiedzieć prawdę.

  • Dorosłe dzieci alkoholików oceniają siebie bezlitośnie.

  • Dorosłym dzieciom alkoholików trudno się bawić i przeżywać radość.

  • Dorosłe dzieci alkoholików traktują siebie bardzo serio.

  • Dorosłym dzieciom alkoholików trudno nawiązywać bliskie kontakty.

  • Dorosłe dzieci alkoholików przesadnie reagują na zmiany, nad którymi nie mają kontroli.

  • Dorosłe dzieci alkoholików ustawicznie poszukują uznania i potwierdzenia.

  • Dorosłe dzieci alkoholików myślą, że różnią się od innych.

  • Dorosłe dzieci alkoholików są albo nadmiernie odpowiedzialne, albo nadmiernie nieodpowiedzialne.

  • Dorosłe dzieci alkoholików są lojalne do ostateczności, nawet w obliczu dowodów, że druga strona nie zasługuje na lojalność.

  • Dorosłe dzieci alkoholików są impulsywne. Mają tendencję poddawania się biegowi zdarzeń bez poważnego rozważenia innych alternatywnych zachowań czy możliwych konsekwencji. Ta impulsywność wiedzie do zagubienia, niechęci do siebie i utraty kontroli nad otoczeniem. Ponadto zużywają nadmierną ilość energii na „uprzątanie” tego bałaganu.

Na szczęście nie każdy, kto wychowywał się w rodzinie alkoholowej, jest skazany na trudności w relacjach z innymi i na obniżoną samoocenę. Wiele zależy od tego, jakie osoby napotka się na swojej drodze. Jeśli w rodzinie poza pijącym rodzicem jest drugi, niepijący i wspierający, jeśli jest ktoś inny, kto pokazuje dziecku, że jego wartość nie jest związana z tym, czy ojciec albo matka piją, wtedy zwiększa się szansa na to, że w przyszłości takie dziecko będzie w stanie funkcjonować w dojrzały sposób, stworzy zdrowy związek i będzie pewne swojej wartości.

W Polsce osoby, które identyfikują się ze środowiskiem DDA, mają wiele możliwości skorzystania z pomocy psychologicznej lub innych form wsparcia. Można korzystać z terapii indywidualnej lub grupowej, przy czym warto sprawdzać kompetencje – chociażby wykształcenie – specjalisty, do którego zamierzamy się udać. W naszym kraju, wzorem innych krajów, istnieje wspólnota DDA, czyli grupy wsparcia, na których osoby z podobnymi doświadczeniami z dzieciństwa starają się pomagać sobie nawzajem. Ci, którzy nie mają możliwości dostępu do specjalistów bądź wspólnot z powodu miejsca zamieszkania (mała miejscowość lub pobyt za granicą), mogą skorzystać z coraz powszechniejszej terapii online, a w miejsce grup wsparcia korzystać z moderowanych forów dla DDA.

Jacek Gientka

Psychoterapeuta

B jak banał

Przychodzi kobieta z córką do lekarza. Dziewczynka cierpi na wytrzeszcz oczu. Matka mówi, że robiła już wszystkie możliwe badania – na NFZ i prywatnie, prześwietlenia, poziom hormonów, USG itp., ale żaden specjalista nie był w stanie pomóc. Lekarz popatrzył na dziewczynkę, rozpiął ciasno zapięty pod jej szyją guzik i powiedział: „Teraz będzie lepiej”. Czasem wizyta u psychologa czy psychoterapeuty może przybrać taki właśnie obrót. Pacjenci przychodzą, spodziewając się wyszukanych technik, sięgania w przeszłość, niemal magicznych sposobów na poradzenie sobie z emocjami, a może okazać się, że wystarczy tylko zastosować kilka prostych zasad, o których na co dzień zapominamy albo do których nie starczyło nam wytrwałości. To właśnie te tytułowe banały, które w jakiś sposób uciekają nam sprzed oczu.
Czym, jeśli nie banałem, są zasady Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach (TSR):
„Jeśli coś działa, rób tego więcej.
Jeśli coś nie działa, rób coś innego.
Jeśli coś się nie zepsuło, nie naprawiaj.
Nie komplikuj. Życie jest naprawdę proste.”
Nawet ci, którzy nie pracują stricte w tym podejściu, zwykle nie zaczynają od szukania rozwiązań zbyt głęboko. Czasem wspólnie z klientem warto przyjrzeć się, czy nie zapomniał on o którejś z zasad sformułowanych przez TSR – zwłaszcza o dwóch pierwszych. Ile razy zdarzyło się po podjęciu działań, po których w naszym życiu zaczynają zachodzić zmiany, tych działań poniechać? A potem powiedzieć: przecież próbowałem i się nie udało…
Bywa, że przestajemy dostrzegać oczywistości, w których wyrośliśmy – stosujemy się do nich, stały się integralną częścią naszego postępowania. Ale przecież nie wszyscy wiedzą to samo, są tacy, którzy jeszcze z jakimiś informacjami (dla nas być może banalnymi) nie mieli okazji się zetknąć. Czasem zdarzyć się może, że to, co jest oczywiste dla jednych, dla innych może być odkryciem na miarę wynalezienia koła. Nie zapomnę rozmowy z pewnym ojcem, który zadał zupełnie szczerze pytanie: To jak inaczej wychowywać dzieci, jeśli nie biciem? Jak sprawić, żeby były posłuszne? Założenie, że każdy będzie wiedział wszystko na temat rozmawiania o uczuciach, sposobów motywowania dzieci, asertywności czy sposobów radzenia sobie ze stresem, jest z góry fałszywe i donikąd nas nie zaprowadzi. Bywa zresztą, tak na marginesie, że o pewnych oczywistościach zapominamy nawet będąc specjalistami. Dlatego czasem warto uczestniczyć nie tylko w szkoleniach, na których dowiadujemy się samych nowości – przydaje się uaktualnianie swojej wiedzy również w zagadnieniach, które z pozoru są nam dobrze znane.
Paolo Coelho jest nazywany ikoną banału literackiego. Sentencje tego pisarza królują na fejsbukowych grafikach. Przez wielu jednak jest krytykowany za płytkość przemyśleń. Ale jego wiernym czytelnikom nie chodzi o intelektualny zachwyt związany z odkryciem dotychczas nieznanych obszarów. Bywa, że jego fani ucieszą się, że wcześniej sami zauważyli to samo, co powiedział znany pisarz. Pewnie czytelnicy Coelho doceniają w jego książkach, że dzięki nim przypominają sobie o jakiejś oczywistości tak oczywistej, że aż przestali ją dostrzegać. Zupełnie, jak szafkę w przedpokoju. Zauważymy ją, kiedy ktoś nam powie, jaka jest ładna albo brzydka (albo gdy spontanicznie wymyślimy dla niej nowe imię, zmierzając o drugiej w nocy do toalety). Na co dzień szafka po prostu jest.
Inne banalne prawdy to memy na FB. Dla wielu odbiorców stały się mądrościami w pigułce. Codziennie przewijamy ich dziesiątki, jeśli nie setki. Czasem udostępnimy, czasem damy lajka – i szybko zapominamy. A gdyby tak postanowić sobie, że nad przynajmniej jednym zastanowimy się chwilę i pomyślimy, czy nie warto wprowadzić go w życie? Jedna z najpopularniejszych grafik zawiera tekst: „tęsknisz – zadzwoń, chcesz się spotkać – zaproś, chcesz być zrozumiany – wyjaśnij, chcesz zrozumieć – pytaj, kochasz – powiedz to”. Banał? Najbanalniejszy z możliwych. A jednocześnie ile razy zachowujemy się tak, jakbyśmy pisali melodramat swoim życiem i zamiast komuś coś wyjaśnić – milczymy, zamiast spotkać się z kimś, za kim tęsknimy – udajemy, że jest nam zupełnie obojętny, zamiast pytać, bo zupełnie się pogubiliśmy – udajemy, że wszystko wiemy.
To taki banalny temat: emocje. Zapominamy o tym, że kiedy jest się w związku, należy je okazywać. Relacja powszednieje, wydaje się, że wszystko już było, że każde słowo padło, że drugą osobę zna się na wylot. Taka sytuacja to zaproszenie do oddalania się. Nie mówimy, jak czujemy się w konkretnej sytuacji, nie pytamy partnera, zamiast tego karzemy go milczeniem albo chcemy, żeby się domyślił. Zdarza się, że związek tworzą osoby, które od początku nie chcą mówić o emocjach (częściej są to mężczyźni, ale nie można powiedzieć, że to wyłącznie męska specjalność). Sam wiele razy słyszałem z ust klientów: „nie jestem kobietą, nie będę mówił, jak się czuję”, albo jeszcze ostrzej „nie jestem gejem”. W rezultacie klient nie wprowadzał zmian w swojej relacji i oczekiwał, że coś się zmieni. Takie zachowanie obserwatorowi z zewnątrz przypominałoby wielokrotne próby wyjścia przez ścianę, mimo że w pokoju są otwarte drzwi.
Mam osobisty ranking banałów, które wykorzystujemy z klientami w trakcie spotkań. Wymienię dwa: „Przeszłość już była” i „Nie ma emocji dobrych i złych – emocje po prostu są”. Wiele z nieszczęść, z którymi ludzie zmagają się na co dzień, to nieszczęścia dawno minione. Ktoś nam kiedyś wyrządził przykrość, my kogoś skrzywdziliśmy, coś nam się nie udało… To przeszłość, ale rozpamiętujemy ją jak coś, co dzieje się obecnie. Podobnie zresztą bywa z lękiem przed tym, co może się wydarzyć. Jeśli nie zaakceptujemy, że życie rozgrywa się tu i teraz, możemy znaleźć się w pułapce – intensywne myślenie sprawi, że zaczniemy traktować możliwość jak przeznaczenie, zaś przeszłość jak rozgrywającą się na żywo teraźniejszość.
Drugi z wyżej wspomnianych banałów dla niektórych bywa odkryciem. Wielu z nas uważa, że odczuwając złość, popełniamy zły uczynek, za który należy się kara. Że kiedy jest nam smutno – powinniśmy wziąć tabletkę na poprawę nastroju. Że kiedy ktoś wzbudza w nas niechęć – krzywdzimy tę osobę naszym stanem emocjonalnym. Tymczasem prawda jest taka, że wszystkie te emocje są tak samo potrzebne, sygnalizują, że powinniśmy coś zrobić. A co – to już zupełnie inna kwestia. Przecież za uczuciem złości nie musi pójść wybuch agresji – możemy potraktować ją jako sygnał, że ktoś narusza nasze granice i trzeba popracować wspólnie nad relacją, aby się to nie powtarzało. Smutek to nie choroba, tylko prawdziwe, ludzkie uczucie sygnalizujące nam, że trzeba się o siebie zatroszczyć. Wydaje nam się, że dobre emocje to tylko te przyjemne – ale potrzebne są wszystkie. Doskonałą ilustracją tej zasady jest animacja nie tylko dla dzieci „W głowie się nie mieści”. Nieprzypadkowo plakat z tego filmu wisi w jednym z gabinetów w mojej poradni.
Gdzie jeszcze oczywiste prawdy pomagają w osiągnięciu równowagi? Osoby zaangażowane w ruch Anonimowych Alkoholików znają i stosują zasadę HALT. To akronim utworzony z pierwszych liter kilku (banalnych!) zasad, pozwalających uniknąć nawrotu w uzależnieniu: hungry (głodny), angry (rozzłoszczony), lonely (samotny), tired (zmęczony). Bycie uważnym na takie stany emocjonalne bądź fizjologiczne i zapobieganie im jest pomocne w zachowaniu trzeźwości. Ale zasadę HALT możemy stosować na co dzień, nie tylko zmagając się z uzależnieniami, ale po prostu pragnąc dobrze i stabilnie funkcjonować w relacjach ze sobą i z innymi a nawet unikać popełniania błędów w rozmaitych aktywnościach.
Zdarza się, że u psychoterapeuty pojawia się ktoś, kto cierpi na różne zaburzenia, przeszedł przez wiele gabinetów lekarskich i terapeutycznych, a w rezultacie okazuje się, że jednymi z najważniejszych powodów jego stanu są: bardzo nieregularny tryb życia, mało snu, niezdrowa dieta, brak aktywności. Roger Baker w książce „Strach i paniczny lęk” opowiadał o kliencie, który obawiał się, że umrze na zawał serca. Dzięki zaleceniu od terapeuty klient ten odkrył, że bóle w klatce piersiowej i kołatanie serca pojawiają się po ciężkostrawnych posiłkach albo 20 minut po wypiciu kawy. To, co wygląda na tajemnicze zaburzenie nastroju, może być konsekwencją zakłóceń w funkcjonowaniu organizmu (np. tarczycy).
Coraz większą popularnością cieszy się mindfulness – czyli podejście do życia polegające na uważnym przeżywaniu każdej chwili, nazywane też zachodnią medytacją (bo to tak naprawdę zaadaptowana do świata zachodniego buddyjska filozofia życia i wywodzące się z niej techniki). W wielu nurtach psychoterapeutycznych znajdziemy podobne założenia, sprowadzające się w gruncie rzeczy do stwierdzenia, że najważniejsze jest tu i teraz, że tylko na to mamy największy wpływ, że świadome przeżywanie obecnej chwili jest najlepszą drogą do znalezienia życiowej harmonii. Brzmi jak wspomniany wcześniej banał: „przeszłość już była”?
Należy jednak nadmienić, że są banały, które niezbyt sprawdzają się w psychoterapii czy nawet wspieraniu przyjaciół znajdujących się w kryzysie. Większość z nas nie chciałaby usłyszeć „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” po stracie bliskiej osoby. Słynne „weź się w garść” może być pomocne, jeśli ktoś dojrzał do tego, żeby powiedzieć je samemu sobie (bo np. poczuje się zmęczony zbyt długim rozpamiętywaniem przeszłości i uzna, że już nadszedł czas działania). Te same słowa z ust czy to terapeuty, czy przyjaciela, w najlepszym wypadku odbiorca mógłby zbyć wzruszeniem ramion, w gorszym – skutkowałyby dalszym obniżeniem nastroju i większym żalem a nawet poczuciem winy. „Czas leczy rany” – to najprawdziwsza prawda, ale pomoże tylko wtedy, gdy będziemy gotowi w to uwierzyć.
Jest wiele banałów – powiedzeń, które chętnie powtarzamy: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, „Kto nie pracuje, ten nie je”, „Spiesz się powoli”, „Nie wszystko złoto, co się świeci”, „Nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi”… Każde z nich niesie za sobą treści ważne, a jednak zwykle nie poświęcamy im dostatecznej uwagi. Oczywiście nie zamierzam nikogo przekonywać, że nie ma sensu odkrywanie nowych prawd i że wystarczy, jeśli będziemy korzystać tylko z oklepanych mądrości. Warto jednak pamiętać o banałach. Jeśli o nich zapominamy, to tak, jakbyśmy szli wciąż zadzierając głowę do góry i patrząc w odległe gwiazdy. Są zachwycające, owszem, ale patrząc w niebo, nie mamy szansy zauważyć, że rozdeptujemy dywan może niepozornych, ale kolorowych kwiatów.

Tekst pochodzi z bloga: Szukamterapeuty.pl

Jacek Gientka

Psychoterapeuta

Paterson, czyli pochwała codzienności

Coach w kinie

Paterson (Adam Driver) jest kierowcą autobusu i poetą… a może bardziej na odwrót? Jego żona Laura (Golshifteh Farahani) uprawia sztukę wszelaką w kolorze czarno-białym, ale jednocześnie ma wielobarwną radość w swoim podejściu do życia i do ich związku.

Życie Patersona składa się z codziennych rytuałów. Rano jeszcze zaspane czułości z żoną, śniadanie, potem spacer znanymi ulicami do pracy – zajezdni autobusowej, z trzymanym w ręku oldskulowym pudełkiem lanczowym (w środku schowana codziennie inna niespodzianka od żony-artystki). Cały czas układanie w głowie wielokrotnie powtarzanych fraz poetyckich, do zapisania w grubym notesie, przed wyruszeniem miejskim autobusem w codzienną, znaną trasę.

W tym czasie Laura zostaje w domu i maluje… ona też ma swoje światy. A po południu radośnie wita wracającego z pracy męża jakimś nowym pomysłem na kolejne fazy swojej twórczości. Szuka różnych dróg realizacji marzeń. Paterson wysłuchuje tych opowieści ze stoickim spokojem… jak wszystko inne, co robi.

Poetycki kierowca w miejskim autobusie słucha codziennie niecodziennych rozmów pasażerów i z nich też czerpie  inspiracje do swoich wierszy. Jego notes zawiera tajemnice wszystkich, codziennie pisanych po kawałku, tekstów, również tych ze spotkań znad kufla piwa sączonego w ulubionym barze na szlaku wieczornych spacerów z psem.

Laura nieustannie zachwyca się twórczością swojego męża i namawia go do skopiowania notesu, a on ciągle to odkłada, zapominając, że kobieca intuicja… No właśnie… nie spoilerując za bardzo, powiem jedynie, że warto kopiować swoje teksty, szczególnie jeśli z domowego fotela łypie krzywym okiem – lubiąca zbytnio wgryzać się w poezję – mała bestia. Niecodzienne zdarzenie zakłóci codzienne rytuały i wtedy…

No właśnie… gdyby nie ta sytuacja może Paterson nie porozmawiałby z japońskim poetą?

To scena perełka,  jak wiele innych w tym filmie. To jednocześnie końcowa scena, która może być nowym początkiem…

Nie przegapcie najnowszego filmu Jarmuscha „Paterson” i nie przegapcie uroków codzienności, doceniając rytuały i zwyczajne sytuacje.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Azyl w krainie Trolli

Coach w kinie

Tak, poprosiłam o azyl. Dlaczego wybrałam krainę Trolli? Bo tam jest kolorowo, radośnie, wszyscy tańczą, śpiewają (no może poza Mrukiem, który na początku nie tańczy i nie śpiewa), przytulają się (przynajmniej raz na godzinę) o czym przypominają melodyjki w zegarkach, tak w zegarkach, bo Trolle nie mają ani telefonów, ani smartfonów, ani laptopów, ani innych urządzeń mobilnych, za to potrafią ze sobą rozmawiać, spędzać miło czas, opowiadać ciekawe historie, robić przestrzennie kolorowe wycinanki, cieszyć się chwilą. Potrafią doceniać poczucie humoru i szanować swoją indywidualność. Wydobywają z opresji przyjaciół, narażając własne życie. Nie zapominają o swojej trudnej historii sprzed lat (kiedy były więzione przez Bergenów), ale nie uprawiają cierpiętnictwa kosztem swoich bliskich.
Potrafią znaleźć jasną stronę każdej sytuacji, ale czasami posłuchać też smutnego Trolla, którego sarkastyczne stwierdzenia pomagają znaleźć konstruktywne rozwiązania.
A w sytuacji krytycznej ten smutny Troll – Mruk weźmie na siebie cały ciężar uratowania Trolli, bez chowania się za innych i bez dorabiania dziwnych ideologii i ogłaszania demagogicznych manifestów… albo zakazów podawania prawdziwych informacji.
Mruk potrafi naprawdę się zmienić… nabrać wielobarwności, przypomnieć sobie, że jest jasna strona życia i wziąć na siebie odpowiedzialność… oraz przyznać się do miłości. Bo miłość potrafi w życiu wiele odmienić… ale ten Mruk kocha Trollkę… a nie jest zakochany tylko w sobie (z wzajemnością).
A potem Trolle potrafią wspólnie uratować też Bergenów – swoich odwiecznych wrogów – przed nimi samymi i przed ich zaślepieniem, i wciskaniem kłamstw przez sterującą decyzjami króla, nienawidzącą wszystkich… kucharką.

Mój azyl trwał prawie dwie godziny i kosztował tyle, co bilet do kina, bo tam właśnie się wybrałam. Polecam Wam film „Trolle”(reż. M. Mitchell), ale nie dajcie sobie wmówić, że nie jesteście dziećmi.
Aha… i róbmy swoje… wielobarwnie, wielowymiarowo i radośnie, nie dając się pesymizmowi żadnych smutasów, demagogów i mruków, bo niestety nie wszyscy z nich są zdolni do prawdziwej miłości i do dobrej przemiany faktycznej, a nie tylko deklarowanej.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Dwa kilogramy radości

Nastała jesień. Deszcz leje, wiatr szaleje, ciemność zbyt długo panuje, a do tego katar daje się we znaki. W tych doskwierających okolicznościach ktoś nagle dzwoni do drzwi… dwa razy. Otwieram. To kurier z przesyłką. Patrzę skąd. Znak! Wydawnictwo Znak. Jeszcze dostrzegam kątem oka napis: waga 2 kg. Kwituję odbiór elektronicznym rysikiem na małym ekranie, który wie prawie wszystko o tajemniczych przesyłkach i zostaję z tymi dwoma kilogramami.
Rozpakowuję szybko… i już wiadomo, że ani szaruga jesienna, ani nawet bardzo mroźna zima nie będą mi straszne, gdyż trzymam właśnie w rękach 1500 stron (tak, tysiąc pięćset!) radości, refleksji, zabawy językiem i najlepszej jakości humoru… mistrzowskiego humoru.
Dla niektórych jako puenta wystarczy taka informacja: Jeremi Przybora „Dzieła (niemal) wszystkie”.
Cóż więcej trzeba dodawać? No może jeszcze, że to drugi tom, na grzbiecie którego wytłoczone srebrną czcionką dodatkowe zachęty: Divertimento, Teatr nieduży, Uwiedziony, Opowiadania, Autoportret z piosenką, Teksty rozproszone, Piosenki wysupłane.
Można rzec, że to wiele książek w jednej, stąd ta objętość i ciężar, nie tylko gatunkowy.
Zawsze, kiedy biorę nową książkę do ręki najpierw otwieram ją na przypadkowej stronie. Tym razem też tak zrobiłam… i cóż zobaczyłam? Niespodziewany koniec lata/ od ust mi odjął wiśnie… Czy jeszcze w ustach smak ich ma pan? Czy ja się panu przyśnię?… Ech, panie Jeremi… skąd wiedziałeś gdzie mam otworzyć? Na szczęście dostałam niedawno domowe powidła wiśniowe z imbirem, więc chyba dam radę.
Postanowiłam tę zabawę w przypadkowe otwieranie kontynuować… i co tym razem przeczytałam? Już poczekalnia pusta/ pacjentów nie ma więcej / Mógłbym powierzyć usta / beztroskiej mej piosence / i odejść jak outsider / zapaść spokojnie w sen by / tę odczuwalną frajdę / że mnie nie bolą zęby! / Ząb – zupa – ząb / dąb – zupa – ząb / że mnie nie bolą zęby!… Taaak, byłam niedawno u dentysty, naprawdę! Powierzyłam również swoje usta beztroskiej i mniej beztroskiej piosence na koncercie… nie u dentysty jednak.
No to jeszcze raz otwieram na przypadkowej stronie i… no nie! Tym razem nie zacytuję, bo chyba nie uwierzycie, jak te teksty mocno i humorystycznie wchodzą w moje życie… (zapewne nie tylko w moje, ale miło pomyśleć przez chwilę, że jest się adresatem niektórych).
Pierwsze trzy otwarcia w punkt! Przypadek? Może… a może nie?
Od razu się przyznam, że radość celebrowania kolejnych odkryć zostawiam sobie na długie jesienne i zimowe wieczory oraz na improwizacyjno-literackie warsztaty, które prowadzę w doborowym towarzystwie. A już wiem, po przejrzeniu spisu treści oraz indeksu, że jest tu sporo tekstów-niespodzianek, których nie znałam, tym większa moja radość i specjalne podziękowania dla Teresy Drozdy, redaktorki z pasją detektywa literackiego, która wyszukiwała te mniej znane, jak również zupełnie nieznane wybornie przyborne smaki literackie.
Aha widzę jeszcze w książce rysunki, które są dodatkowymi smaczkami, a jeśli dodam, że zrobili je: Marek Raczkowski, Piotr Socha i Marcin Wicha, to chyba już nic nie muszę dodawać.
No może jedynie to, że gdybyście jeszcze nie wiedzieliście jaki prezent sprawić sobie w najbliższym czasie… Nawet jeśli wam się wydaje, że sporo tekstów Jeremiego Przybory znacie, a tym bardziej, jeśli znacie ich niewiele. A dla osób, które lubią czytać w pociągu, samolocie, autobusie, tramwaju czy metrze jest dobra wiadomość: nie muszą dźwigać tych dwóch kilogramów w torbie, czy plecaku, bo jest też dostępny e-book.
Taki przybornik inteligentnego humoru na te niewesołe czasy.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Meryl Streep jak wino

Coach w kinie

Nie żebym nie doceniała jej dużo wcześniejszych ról i filmów. Wiem również, że swojego pierwszego Oskara dostała mając 29 lat.  Ale widać, że z wiekiem Meryl Streep nabiera coraz większego dystansu do siebie i do upływającego czasu. Nie robi ze swojej twarzy maski nafaszerowanej botoksem, czy innymi specyfikami mającymi „oszukać czas”. Ona nie musi oszukiwać czasu, bo ona się z nim zaprzyjaźniła. Czerpie z tej przyjaźni wiele radości, przyjemności i doświadczenia, a czas pięknie się odwdzięcza, co widać w kolejnych jej rolach, a szczególnie w tych komediowych.

Zgodnie też z dobrą zasadą, że człowiek się nie starzeje dopóki wciąż uczy się czegoś nowego, Meryl nie ucieka przed nauką. Do roli w jednym z poprzednich filmów („Nigdy nie jest za późno”) nauczyła się grać na gitarze (w wieku 60 lat) a teraz mając 67 lat nauczyła się fatalnie śpiewać. A może precyzyjniej będzie stwierdzić, że nauczyła się wydawać dźwięki, które ze śpiewem mają niewiele wspólnego, co wcale nie jest takie łatwe dla osoby dobrze śpiewającej (w filmie „Mamma Mia!”), jak twierdzą specjaliści w tej dziedzinie.

Ależ ona masakrycznie fałszuje!

Oczywiście mowa o jej najnowszej roli w filmie „Boska Florence” (reż. Stephen Frears), gdzie gra Florence Foster Jenkins, która mimo fatalnego głosu postanowiła śpiewać i występować na najlepszych scenach, i nawet groźba wydziedziczenia jej przez bardzo majętnego ojca nie powstrzymała tego brawurowego pomysłu. Ojciec jednak nie wydziedziczył Florence i dzięki pokaźnemu spadkowi mogła realizować nie tylko swoje marzenia (była również działaczką społeczną). To w ogóle ciekawa postać. A dzięki temu filmowi można poznać kilka mniej znanych faktów z jej życia, które pozwalają inaczej na nią spojrzeć. Jakich faktów? No nie powiem, żeby nie psuć radości oglądania i zadumy nad dziwnymi kolejami losu.

Powiem jedynie, że Hugh Grant grający jej męża to bardzo dobry wybór. Dodam również, że według mnie to nie jest film o najgorszej śpiewaczce świata, jak była nazywana Florence Foster Jenkins. To film o wyjątkowej, niebanalnej kobiecie mającej marzenia i realizującej je po swojemu. To również film o wyjątkowej miłości i przyjaźni, którą może niektórzy nazwą bardzo interesowną, ale czy aby na pewno taka była? Zobaczcie sami, albo z kimś…

…i nie zapominajcie o realizacji swoich marzeń i planów… i tych wielkich, i tych całkiem małych.

Aha, może warto też pomyśleć o zakolegowaniu się z czasem?

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

„A właśnie, że będę żyć długo i szczęśliwie!”

Ilu z nas wstaje w poniedziałek rano do pracy z radością, z chęcią, z uśmiechem na twarzy? Ilu z nas potrafi cieszyć się każdym dniem? Każdą chwilą? Zapachem letniego poranka? Wonią kwitnącej lipy? Otuliną jesieni? Pierwszym śniegiem? Upływem kolejnego kalendarza? Własnymi urodzinami?
Obserwuję ludzi jadąc rano autobusem – cisza. W większości dzierżone w ręku telefony (nie powiem – są i książki), ale to, co mówi do mnie tłum to: „znowu to samo, kolejny dzień, oby jakoś przeżyć”. Przeszywa mnie przerażenie. Dlaczego nie widzę żadnego uśmiechu, miłego gestu? Widzę, czuję szczelne zamknięcie na innych, na siebie.
Dlaczego tak pozwalamy sobie żyć? Dlaczego nie wyciągamy z każdej sekundy naszego życia tego, co najpiękniejsze? Tego, co może dać nam szczęście! Energię, by skakać dalej przez życie! By zachłysnąć się tym, co kochamy tu i teraz i iść z podniesioną głową! Wyłuskać z szarej codzienności coś własnego, coś pięknego – tylko mojego. I otworzyć ramiona, pochwycić i trzymać mocno tylko dla siebie. Dlaczego tak łatwo przychodzi nam krytyka innych, krytyka pogody, krytyka życia, polityki, w końcu siebie? A zrzędzenie?
Mówi się, że narzekanie jest narodowym sportem Polaków. I tak jest! Tylko po co? Co nam to daje? Smutek, negatywne bodźce dla mózgu, a w rezultacie wzrastającą liczbę depresji (to już 350 mln ludzi na świecie).
Budząc się każdego dnia mam w głowie myśl: jak najpiękniej wykorzystać to, co jest mi dane.
Choć, tak jak z pewnością każdy, doświadczam życia w różnym wymiarze – w tym w różowych okularach, jak i tym w ciernistych krzewach, to wiem, że każde doświadczenie zbudowało cegła, po cegle mnie – to kim jestem, jaka jestem.
Terapia skoncentrowana na rozwiązaniach, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia, wydobywa zasoby – czyli wszystko to, co jest pozytywne w nas, wokół nas, to co często jest zakopane, czego nie widzimy, zapomnieliśmy. Dzięki spojrzeniu na samych siebie z siłą, dzięki odkryciu tego, jak bardzo jesteśmy wielcy, jak wiele dzięki tej sile możemy – dążymy do celu – celu, który dla każdego z nas jest inny!

Justyna Kuczmierczyk

psychoterapeuta

Mieć nosa do ludzi

„Być albo nie być?” na ile sposobów można jeszcze zadać to pytanie?

Otóż okazuje się, że na bardzo wiele. Ten, chyba najbardziej rozpoznawalny na całym świecie, hamletowski monolog, rozbrzmiewał również w tym roku na jubileuszowym 20. Gdańskim Festiwalu Szekspirowskim, który trwał 10 dni i gościł – jak policzyli organizatorzy -72 spektakle i 306 artystów.
I ja tam byłam, i Szekspira dla siebie na nowo odkryłam. Nie, żebym była jakąś zagorzałą jego fanką. Po raz kolejny wybrałam się na ten festiwal, żeby celebrować spotkania z ludźmi, którzy mają wielką pasję, niebanalne pomysły i którym chce się chcieć.
W czasie mojego trzydniowego pobytu wiele się tam działo… oj wiele. Ale chcę podzielić się wrażeniami z trzech sytuacji, które na długo pozostaną w mojej pamięci.
Po oficjalnej inauguracji odbył się koncert sonetów Szekspira w wykonaniu Stanisława Soyki & Cracow Singers. Artyści na głównej scenie Teatru Szekspirowskiego śpiewali a cappella, widownia wypełniona po brzegi zastygła w zasłuchaniu. Kolejne sonety wybrzmiewały, niektóre w ojczystym języku autora, więc jakby jeszcze bardziej oddające szekspirowskiego ducha, aż nagle dach się nad nami otwiera… i widać coraz większy kawałek nieba… nie, to nie sen, wcale nie było mi wtedy do snu, to po prostu świetny pomysł otwarcia dachu teatru na finał koncertu. Wrażenie niesamowite, bo na zupełnie do tej pory ciemnej widowni, stała się całkowita jasność i szekspirowskie sonety zagościły w uśmiechach widzów patrzących w niebo, gdzie krzykliwa mewa rytmicznie wtórowała śpiewom artystów. Czyżby nowe, gdańskie wcielenie Szekspira, który chciał zaznaczyć swoją obecność?
Druga sytuacja to stołowy Szekspir. Jego sztuki zostały pokazane na stole metrowej szerokości przy użyciu przedmiotów codziennego użytku. Artyści Forced Entertainment z Wielkiej Brytanii odgrywali, w bardzo kameralnej atmosferze, skondensowane spektakle używając narracji i humoru współczesnego języka. Nazwali ten pomysł: Complete Works – Table Top Shakespeare. W ich opowieści np. solniczka i pieprzniczka to król i królowa, linijka – książę, butelka wody – goniec. To było bardzo ciekawe i odświeżające doświadczenie.
A trzecia sytuacja miała miejsce w kuluarach. W czasie rozmowy z kilkoma osobami na temat spektaklu, dla zobrazowania wypowiedzi, nałożyłam swój ulubiony czerwony nos-kulkę, który często mam przy sobie. Nagle jakby spod ziemi wyrósł mężczyzna perskiej urody i szybko wyjął ze swojej torby taki sam nos, ale koloru fuksji, i równie szybko go nałożył. Było dużo śmiechu i radości, i prawie jednocześnie wpadliśmy na pomysł zamiany nosów, żeby w ten sposób uczcić to miłe spotkanie. A ponieważ odbyło się ono na dziedzińcu Teatru Szekspirowskiego, więc William też dostał nosa i chyba się ucieszył, bo z chęcią pozował do zdjęcia, które mu robiłam (zamieszczone powyżej).
Taaak! Warto mieć nosa do ludzi z pasją i warto pozwolić sobie na spontaniczność, czego już od dawna doświadczam, również z uczestnikami moich warsztatów oraz projektów muzycznych, w których biorę udział.
Aha i pamiętajcie, że ten perski nos mam często przy sobie i nie zawaham się go użyć, skoro już nawet Szekspir go zaliczył 🙂

Barbara Popławska
coach

W życiu jak w górach

Wielki polski taternik Wiesław Stanisławski napisał kiedyś: „Taka droga to jest radość dla serca taternika, a on sam patrzy na swe podrapane, przeziębnięte ręce, czy mu skrzydła nie wyrosły w czasie tej wędrówki w górę.”
Byłam z mężem w Karkonoszach. Celowo pojechaliśmy na kilka dni w góry, bo można odpocząć. Jesteśmy osobami, które lubią się zmęczyć – ale nie za bardzo – i Karkonosze polecamy. Można napełnić się górami i wrócić wyciszonym. Tak nam się przynajmniej wydawało do czasu, kiedy wybraliśmy się na Śnieżkę. Tłumy ludzi idących trudniejszym podejściem, mnóstwo wybierających dłuższą, ale mniej męczącą, drogę i następne tłumy wjeżdżających kolejką od strony czeskiej. W górach normalka, można rzec. Tylko pogoda od rana zapowiadała się zmienna. I właściwie nigdy nie wiadomo w która stronę zawieje wiatr, i kiedy zacznie padać, i kiedy słońce wreszcie stwierdzi, że się przestaje obrażać, wychynie zza chmur i zacznie przypiekać. Kiedy podchodziliśmy na Śnieżkę, zaczęło popadywać. Ot niewielkie pokropienie. Doszliśmy na szczyt, zaczęło mocniej. Ludzie na górze pocieszali się nawzajem, że na pewno zaraz przestanie. Nie chciało. Przyleciała skądś mgła. Od prawie roku nie funkcjonuje schronisko – kawiarnia, tylko budka kawiarniana bez żadnych stolików. Usiedliśmy na kamiennej posadzce wewnątrz budynku. Oddałam się swojemu najbardziej ulubionemu zajęciu: obserwowałam napływających ludzi. Mniej lub bardziej mokrzy, niektórzy źli, bo im deszcz plany pokrzyżował. Nie będę powtarzała truizmów typu – „idąc w góry należy mieć odpowiednie obuwie”. Albo „idąc w góry powinno się mieć odpowiedni ubiór, dostosowany do zmiennych warunków pogodowych”. Część, niestety głównie ta z dziećmi, miała trampki, lekkie bluzeczki, jakiś płaszczyk przeciwdeszczowy i właściwie zero dostosowania do wycieczki w góry. My, siedząc na suchej, choć zimnej posadzce, zajadając kanapki z kawą, rozkoszowaliśmy się chwilą, śmiejąc się, że przyjdzie nam nocować na szczycie. Rodzice małych dzieci, wkurzeni na brak miejsca i pogodę, przerzucali się winą za niezabraną kurtkę czy nieodpowiednie buty. Dzieci zaczynały płakać, bo co tu robić wobec nerwowości rodzicieli. Niektórzy piechurzy cierpliwie czekali, inni starali się zachować względny spokój, jeszcze inni zgrzytali zębami pomstując na czym świat stoi. Oberwało się nawet panu pobierającemu opłatę za skorzystanie z toalety.
W czasie tego długiego oczekiwania na poprawę aury zastanowiło mnie jedno. Ile w nas próby kontrolowania życia i sytuacji, która jest wokół? Sama to robię, przyznaję ze smutkiem. Staram się pamiętać o wszystkim, o czym muszę i przypominam, zanudzając, domowników oraz przyjaciół, by pamiętali i wykonali zadania określone na dany dzień. Tylko czy naprawdę da się kontrolować życie?! Czy mamy wpływ na pogodę? Olśniło mnie po raz nie wiem który, że dopóki odhaczamy kolejne punkty na planie dnia, zamiast patrzeć na życie i tego typu zjawiska jak na coś ciekawego, co nadaje nieco kolorów naszej rzeczywistości – nigdy nad tym nie zapanujemy (nie zyskamy przewagi). Zawsze będzie to frustrujące. Paradoksalnie im szybciej zdamy sobie sprawę, że nie mamy praktycznie żadnego wpływu na funkcjonowanie świata, tym więcej daje nam to kontroli, ale nie nad światem – tylko nad emocjami. Wpływ mamy na to, co odczuwamy, jak intensywnie i co z tymi emocjami robimy. Wtedy z całą mocą dotarło do mnie, że warto brać życie takim jakie jest i traktować je jako przygodę oraz pewien proces. Każdą nowość traktujmy z pewnym zaciekawieniem, a nie będzie już miejsca na strach czy niekontrolowaną złość (każdą złość da się kontrolować, o ile się potrafi – to tak na marginesie). I przede wszystkim podchodźmy do życia z humorem, jak nam podpowiada coach Barbara Popławska. Kiedyś usłyszałam, że: „Życie nie jest terminarzem, w którym da się wszystko ustalić i tak już będzie”. Weźmy te słowa do serca.

Zastanowiło mnie także: jak bardzo rodzice przerzucają swoje frustracje na dzieci – choć to wiadomo nie od dziś. Ale to myśl na inny felieton.

Magdalena Szwalgin

Psycholog, psychoterapeuta