Zmiany

Nazwa naszej poradni to „W stronę zmiany”. W stronę – wszystko jedno, czy w lewo, czy w prawo, czy w przód, czy w tył. Powiem więcej – w stronę zmiany można zmierzać paradoksalnie nawet zostając w miejscu (o czym za chwilę). Zmiana jest możliwa zawsze, nawet, jeśli wydaje się, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia.
Z czym kojarzy się zmiana (skojarzenia polityczne, wszystko jedno, czy polskie, czy amerykańskie, zostawmy na boku)? Z rewolucją, nowym porządkiem, stresem, niepewnością, oczekiwaniem, podekscytowaniem… Część z tych skojarzeń wywołuje lęk, część jednak sprawia, że aż chce się poderwać z fotela, żeby wreszcie zacząć zmieniać to, co nam się znudziło, co uwiera jak kamyk w bucie. To, co u jednych wywołuje lęk, innych motywuje do działania.
Niespokojne duchy, ze zdiagnozowanym lub niezdiagnozowanym ADHD, nie wyobrażają sobie życia w miejscu. Dla nich zmiana jest czymś nieodzownym. Nie wytrzymają w jednej pracy dłużej niż kilka lat, a i to tylko pod warunkiem, że praca jest ciekawa i związana ze szkoleniami, podróżami, poznawaniem nowych ludzi. Po wyjściu z pracy biegają, tańczą, imprezują, tylko z rozsądku chodzą spać (nad ranem). Na drugim biegunie są ci, którzy do emerytury pracują w jednym miejscu, codziennie wykonują te same czynności, o 18.30 zaczynają oglądać telewizję, o 22.00 idą spać, w sobotę i niedzielę też wykonują powtarzalne rytuały. Jak to w życiu bywa, występują też typy (przepraszam za słowo) pośrednie, które czasem lubią spokój, a czasem wolą, gdy dużo się dzieje.
Zmiana – coś, co widać. Koleżanki mówią: „jakoś inaczej dziś wyglądasz”, koledzy w pracy podziwiają, że porzuciliśmy etat i hodujemy tresowane muflony w Górach Izerskich, syn zazdrości nowego tatuażu, rodzice są dumni, że ich maluszek właśnie skończył studia. Ale przecież zmiana nie zawsze jest tak spektakularna, wcale nie musi być widoczna od razu. Zmiana może polegać na tym, że zaakceptujemy coś, co do tej pory wywoływało bunt. Bywa, że ten bunt polegał na braku zgody na coś, czego uniknąć się nie da, a energię można było wykorzystać na inne działania (znacie sentencję Marka Aureliusza „Nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi”?). Oczywiście nie zachęcam do tego, żeby wszystko przyjmować z pokorą, ale może czasem to jest najwłaściwsze? To jest właśnie ta wspomniana na początku sytuacja, kiedy zmiana może polegać na pozostaniu w miejscu, a to, co się odmieni, może być niewidoczne dla otoczenia, bo nastąpiło w środku, w nastawieniu, przekonaniach, planach.
Lubicie kryzysy? Same w sobie nie należą do życiowych przyjemności. Wiąże się z nimi moc nieprzyjemnych uczuć – większość kryzysów to podróż w nieznane. Nikt nie zagwarantuje, że „po” będzie lepiej niż „przed”. Ale każdy kryzys to jednak okazja do zmiany. Jeśli panicznie balibyśmy się kryzysów, to tkwilibyśmy wciąż w strefie komfortu. Co to takiego ta strefa komfortu? Brzmi bardzo przyjemnie, luksusowo, wręcz ciepło. Jednak jeśli to jest ciepło, to raczej takie, jak w niewietrzonym pokoju. Komfortem jest dla młodego człowieka mieszkać z rodzicami, dla sprzedawcy korzystać wciąż z tego samego dostawcy, a dla osoby doznającej przemocy – mieszkać ze sprawcą. Znacie prawdę, że jeśli nie zmienimy nic, to nic się nie zmieni? Tymczasem wiele osób wybiera brak zmian, tkwienie w tej strefie komfortu, która komfortowa jest tylko z nazwy. Czemu? Bo młody człowiek musiałby zacząć sam płacić rachunki i odkryć, że naczynia się same przez noc nie zmyją, bo przedsiębiorca musiałby odbyć trudną rozmowę z dotychczasowym hurtownikiem, bo osoba doznająca przemocy musiałaby zmierzyć się z tym, „co ludzie powiedzą”. To oczywiście tylko przykłady wizji, którymi straszą się ludzie w takich sytuacjach – jesteśmy bardzo twórczy w szukaniu uzasadnień do pozostawania w miejscu.
W Poradni Psychologicznej „W stronę zmiany” zmiany – oprócz podekscytowania, mobilizacji, nadziei – też wywołują dyskomfort, niepokój, obawy. Ale nazwa zobowiązuje – wiemy, że zmiany są potrzebne. Dlatego przenosimy się do nowego, lepszego miejsca. Zapraszamy na ul. Wilczą 33 m. 12 (róg ul. Marszałkowskiej).

Jacek Gientka

Psychoterapeuta

Kobiety spełniają swoje fantazje. Drżyjcie

COACH W KINIE

Jeśli ci ktoś mówi, że twój pomysł do niczego się nie nadaje, nie wierz w to.

Projekt filmu „Córki dancingu” został odrzucony przez kilkunastu producentów. Uznali, że to zbyt odjechany, ryzykowny, kobiecy debiut pełnometrażowy, do tego w założeniu film muzyczny, kostiumowy, z efektami specjalnymi, bardzo drogi w realizacji… to się nie może udać – tak uważali.

Ale twórcy się nie poddali i pukali do kolejnych drzwi… i w końcu się udało. Znalazł się ktoś, kto postanowił zaryzykować. A efekty można już oglądać na dużym ekranie.

„Córki dancingu” – reż. Agnieszka Smoczyńska, scen. Robert Bolesto – to baśń dla dorosłych. Zaczyna się od animacji, stworzonej na podstawie obrazów Aleksandry Waliszewskiej, płynnie przechodząc w fabularną opowieść o syrenach, które z zespołem Figi i Daktyle stają się gwiazdami dancingu lat 80-tych. Na ulicach szary marazm i smutek, więc ludzie idą na dancing, żeby pobyć przez chwilę w kiczowatym, kolorowym, błyszczącym, rozśpiewanym i roztańczonym świecie.

Dwie syreny wyłowione z Wisły – Srebrna i Złota – stają się główną atrakcją dancingu, ale mają też swoje marzenia. Bohaterki z nastoletnich syren powoli zmieniają się w pełnokrwiste kobiety, zdobywając pierwsze doświadczenia w miłości, fascynacji, samotności i odrzuceniu. Bo życie to nie sielanka, a szczególnie życie z syrenami, czego doświadczają niektórzy mężczyźni w sposób bardzo krwisty i ostateczny. Tak, są momenty, kiedy muzyczny film fantazy zamienia się w horror, bo syreny nie zapominają o swoich mitologicznych potrzebach, aby za chwilę wskoczyć w kolejny gatunek, tym razem z elementami komedii i groteski… i takie żonglowanie konwencjami odbywa się aż do finału.

Oczywiście nie zdradzę finału. Powiem jedynie, że to nie jest film dla każdego, tak jak nie dla każdego są koncerty zespołu Ballady i Romanse sióstr Wrońskich, które stworzyły muzykę i piosenki do tego zdekonstruowanego musicalu. To film raczej dla smakoszy kinowo-muzycznych.

Jednym z pomysłów reżyserki, gdy już dostała zielone światło na robienie filmu, było obsadzenie Kingi Preis w roli wokalistki dancingowego bandu. Podobno zabiegała o tę zgodę aż trzy miesiące, ale wreszcie się udało… na szczęście, bo Kinga Preis śpiewająca hit Donny Summer wymiata!

Dlatego jeżeli ktoś mówi, że nie da się zrealizować twojego pomysłu, to… niech mówi… a ty rób swoje.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Kochać każdy może, ale… nie każdy potrafi to okazać

Gdybyśmy zapytali znajomą bądź nieznajomą osobę, potencjalnie niezaburzoną, w jaki sposób okazuje się miłość drugiemu człowiekowi, prawdopodobnie (z ulgą, iż nie trafiła na zawiłe pytanie) odpowiedziałaby, że: przez przytulanie, pocałunki, miłe słowa, docenianie, chęć bycia blisko drugiego człowieka, dawanie mu wsparcia oraz poczucia bezpieczeństwa, przebywanie z nim „na dobre i na złe”, akceptację, wspólne spędzanie wolnego czasu, dbanie o drugiego człowieka i jego rozwój etc. Ale mogłoby się zdarzyć, że jednak trafilibyśmy na kogoś, kto uważałby, że okazuje swoją miłość poprzez ograniczanie wolności drugiej osoby, przemoc fizyczną bądź psychiczną w stosunku do niej, a mimo to żyjącą w złudnym przekonaniu, że łączy ją z ofiarą obopólna, prawdziwa miłość.

Z drugiej strony, gdy zastanowimy się nad swoimi relacjami z partnerem, dzieckiem, rodzicami, lub innymi znaczącymi dla nas osobami, zauważamy niejednokrotnie, iż pomimo tego, że bardzo nam na kimś zależy i darzymy tę osobę silnym uczuciem, to elementów okazywania miłości jest niewiele a czasami wcale ich nie ma. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego po raz kolejny możemy zastosować maksymę „łatwiej powiedzieć, niż zrobić”? Jasne, czasami dochodzimy do wniosku, że takie akurat są nasze relacje i jest nam z tym dobrze albo możemy uznać, że druga osoba przecież wie, że nam na niej zależy. Bywa też, że pomimo wrażenia, czasem nawet przekonania, że partner nie zasługuje na okazywanie mu miłości bo np. znęca się nad nami fizycznie bądź psychicznie, wciąż go „po cichu” kochamy. I dalej z nim jesteśmy. Czy aby na pewno w tym przypadku to nadal jest miłość?

Zdarzają się sytuacje, w których ktoś usilnie okazuje nam swoje uczucia a my niestety ich nie odwzajemniamy. Problem nie istnieje, jeśli potrafimy drugiej osobie powiedzieć wprost, że niestety my czujemy coś zgoła innego i możemy zakończyć naszą relacje lub ją przeformułować spotykając się z dojrzałą reakcją i zrozumieniem. Zdarza się. Nie można nikogo zmusić do miłości!

Niestety trudność z okazywaniem miłości drugiej osobie często związana jest zwyczajnie z tym, iż tego się nie nauczyliśmy. Tego typu umiejętności nabywamy przede wszystkim w domu rodzinnym, spotykając się z czułością rodziców wobec siebie i względem nas. Kiedy ten element nie występował, bądź nabierał dysfunkcyjnych cech, mógł skutkować w późniejszym, dorosłym życiu, poważnym problemem z okazywaniem uczuć. Albo tego nie będziemy robić, albo będziemy, ale w absurdalny sposób, albo tak zakamuflowaną metodą, że naszemu partnerowi trudno będzie zrozumieć, co tak naprawdę chcemy mu przekazać i będzie czuł się przez nas niekochany, odrzucony.

Istnieje wiele przyczyn, które mogły doprowadzić do takiego stanu rzeczy, a w konsekwencji utrudniać zbudowanie trwałej, szczerej relacji z drugim człowiekiem, relacji opartej na bliskości, poczuciu bezpieczeństwa, zaufaniu i wzajemnej akceptacji. Ludzie z taką blokadą nie tylko mają problem z zakomunikowaniem innym, że im na nich zależy, ale również z rozmową z partnerem na temat własnych potrzeb. Niejednokrotnie prowadzi to do konfliktów w związkach, wzajemnych pretensji i obarczania winą, a nawet do rozpadu relacji.

Wielokrotnie w gabinecie spotkałam się z sytuacją, gdy kobieta opowiadała o swoim lęku przed bliskością – bo dla jej partnera każde okazywanie czułości było wstępem do współżycia. Niejednokrotnie też słyszałam od mężczyzn, że czują się odrzucani przez partnerki, ponieważ one nie chcą z nimi współżyć, są w stosunku do nich oziębłe – czyli chyba nie kochają?

Co wtedy możemy zrobić? Możemy podjąć wyzwanie i próbować wypracować porozumienie w związku. To możliwe, chociaż może być trudne bez pomocy z zewnątrz. Wtedy warto udać się do specjalisty, który krok po kroku, czy to w terapii indywidualnej, czy partnerskiej, dołoży wszelkich starań, aby wesprzeć nas w poprawie jakości związku.

Elżbieta Rowińska-Garbień

Seksuolog, psycholog

8 drogowskazów

po pierwsze:
miłość, pasja i przyjaciele

po drugie:
nie oczekiwać zbyt wiele

po trzecie:
nie godzić się z marnością
tego świata

po czwarte:
doceniać humor, śmiech
i wszystkie lata

po piąte i po szóste:
głęboko oddychać,
chodzić na spacery,
mieć kolorowe myśli i chustę

po siódme:
nie komplikować

po ósme:
błędy wybaczać
a dobre wydarzenia kolekcjonować

Barbara Popławska

coach

„Alkohol to nie mój problem”

Zastanawiałeś się kiedyś, czy alkohol nie odgrywa zbyt ważnej roli w twoim życiu? Nie chodzi o twój rekord w ilości alkoholu spożytego w ciągu jednego dnia ani o rekordową liczbę dni, przez które piłeś. Są inne sygnały świadczące o tym, że twoja uwaga koncentruje się na alkoholu.

Być może zaczynasz odczuwać potrzebę sięgania po kieliszek, choć wcale tak tego nie nazywasz? Żyjesz w przekonaniu, że kontrolujesz swoje picie, bo nie musisz pić codziennie, poza tym masz pracę, rodzinę, itp.? Niezależnie od tego, jak dużo posiadasz dzisiaj, jak dobrze ci się powodzi, twoja potrzeba sięgania po alkohol będzie przypominać o swoim istnieniu, będzie domagać się, abyś ją zaspokoił – napił się po raz kolejny. Nie ma tu znaczenia, że będzie to dopiero za tydzień czy miesiąc. Nie ma też znaczenia, że uda ci się czasami odmówić alkoholu i w związku z tym nie napijesz się go raz czy dwa. Przecież każdy ma jakąś przerwę między jednym a następnym piciem. Trwać może ona kilka dni, tygodni, nawet miesięcy.

Zwróć uwagę, co się z tobą dzieje przy kolejnej próbie odmowy alkoholu – czy robisz to w pełnej zgodzie z sobą, czy kiedy rezygnujesz z picia narasta w tobie napięcie, rozdrażnienie. Jeżeli to u siebie obserwujesz – może to być sygnał, że zbyt mocno interesujesz się alkoholem.

Wraz z upływem czasu potrzeba sięgania po alkohol może u ciebie przybierać na sile. Tymczasem twój umysł jej istnieniu będzie coraz mocniej zaprzeczał. Świetnie sobie poradzi ze znalezieniem kolejnych powodów, dla których po raz kolejny się napiłeś. W ten sposób budujesz i utrwalasz swoje złudzenie, że pijesz ze względu na kogoś, na coś, itp. Taki sposób myślenia oddala cię od rzeczywistości – a jest nią proste stwierdzenie: pijesz, bo tak nauczyłeś się radzić sobie z różnymi sytuacjami. Sięgasz po alkohol nawykowo, wtedy kiedy jest źle, a czasem i wtedy, kiedy jest dobrze. Twoje życie zaczyna coraz bardziej koncentrować się na piciu – choć z całych sił temu zaprzeczasz.

Jeżeli zastanawiasz się, czy alkohol nie zaczyna odgrywać w twoim życiu zbyt ważnej roli, możesz się temu przyjrzeć, korzystając z rzetelnej diagnozy.

Wojciech Karolak

Terapeuta uzależnień

Koncertowy koniec roku

Byłam na koncercie mega wokalistki. Doświadczyłam mega radości.

Zarówno z powodu pięknego śpiewu, jak i przypomnienia sobie, że w mojej skrzynce mailowej jest list z jej wrażeniami na temat prowadzonych przeze mnie warsztatów (była moją studentką). Oczywiście nie podaję nazwiska artystki, bo obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. Polecam lekturę tego tekstu, cytowanego z zachowaniem oryginalnej pisowni (za zgodą autorki):

 „Jako studentka kierunku artystycznego przywiązuję ogromną wagę do pogłębiania wiedzy na temat mojej osoby, emocji mnie wypełniających, odczuć, kontaktu z drugim człowiekiem i jego wpływu na mnie.
Niestety, ciężko jest samej zdać sobie sprawę z rzeczy często naprawdę oczywistych. Ciągła praca, liczne wyjazdy, tysiące prób, koncerty, konkursy, występy, nauka, uniemożliwiają zatrzymanie się na chwilę, żeby zastanowić się nad tym, jak to wszystko na mnie oddziałuje.
Wśród licznych zajęć, na których konieczne jest przyswajanie ogromnej ilości wiedzy, wśród wielogodzinnych prób muzycznych i treningów odnajduję w grafiku kolejne o nazwie, która od początku mnie zaintrygowała:
WARSZTATY EMOCJONALNE.
To właśnie było to, czego potrzebuje każdy z nas, niezależnie od profesji jaką wykonuje, żeby móc zastanowić się nad tym wszystkim, co tak bardzo było mi potrzebne do pokonania wielu trudności  związanych z dziedziną sztuki, którą zajmuję się na co dzień.

Kilka miesięcy tych zajęć diametralnie zmieniło moje myślenie i działanie w wielu kwestiach.

Po pierwsze (dla mnie najważniejsze!): ODDYCHAM !  Rzecz tak naturalna, że właściwie nikt na nią nie zwraca uwagi. Ja zwracałam tylko wtedy kiedy podczas występów, w trakcie wyśpiewywania frazy gdzieś ten oddech znikał….. Co robić? jak sobie pomóc? Jak opanować stres? Bardzo, bardzo istotne odpowiedzi otrzymałam właśnie na tych warsztatach.

Po drugie: CZUJĘ! Tak, mam odczucia, jestem wrażliwa, emocjonalna… i często nie zdawałam sobie sprawy z tego, że chcąc uszczęśliwiać wszystkich moich bliskich, często robiłam coś wbrew sobie. W efekcie ani ja, ani oni nie byliśmy usatysfakcjonowani.

Po trzecie: MÓWIĘ!  mówię „nie”. Niby rzecz banalna, ale jednak….. często miałam z tym problem (patrz punkt wyżej), bo wydawało mi się, że jeśli odmówię, to popełnię jakiś straszny błąd.

Po czwarte: WIDZĘ.… co jest dla mnie dobre, a co złe. To istotne. Często chwytałam się wszystkiego czego tylko mogłam, nie rezygnowałam z żadnej wokalnej propozycji, niczego nie odmawiałam, wszystkiego się podejmowałam…. teraz widzę, że nie wszystko, co na pierwszy rzut oka takie się wydaje, musi być dla mnie korzystne i dobre.

Po piąte: WIEM! Mam o wiele większą świadomość tego KIM JESTEM. Nie są mi już potrzebne pierwsze nagrody na konkursach, ciągłe pochwały, oklaski, abym miała świadomość tego, że dam sobie radę w życiu, a w tym co robię jestem naprawdę dobra. Oczywiście nie zmieniło się moje podejście, nadal dążę do wytyczonego celu, ale bez obsesji.

Po szóste: JESTEM bardzo, bardzo silną osobą. Porażki traktuję jako lekcje, z każdego upadku jestem w stanie szybko się podnieść i biegnę przed siebie 🙂
Nigdy nie byłam słaba psychicznie, jednak przed zajęciami, miałam poczucie obowiązku odnoszenia sukcesów zawsze. Teraz wiem, że sukcesem jest to, że się nie poddaję. Bez względu na wynik.

Świadomość tych wszystkich rzeczy naprawdę pozwala mi na samorealizację. Robię wszystko mądrzej, jestem zadowolona z siebie, potrafię odmawiać, nie boję się porażki.

Mam nadzieję, że KAŻDY będzie miał możliwość na taką właśnie chwilę oddechu, gdzie zastanowi się nad sobą, nad tym co dla niego dobre.”

Na koniec roku takie miłe podsumowanie fragmentu mojej pracy. Dziękuję i życzę wszystkim owocnego 2016.

Barbara Popławska

Coach

Spokojnych Świąt!

Tym, co stracili, żeby nie zapomnieli, że istnieje jutro,

Tym, co boją się, że stracą, żeby zachowali nadzieję.

Tym, co z dala od domu, żeby czasem zatęsknili,

Dawne urazy zamieniając w mądre doświadczenia.

Tym, co kochają, żeby wciąż kochali,

A jeśli bez wzajemności, niech ich to nie niszczy.

Szukającym pracy – cierpliwej rozwagi,

Zaś przepracowanym – spokojnych wieczorów.

Wesołych Świąt

Nie bądźmy baranami

COACH W KINIE

40 lat to dużo czy mało?

Jaki wpływ na życie ludzi może mieć trzęsawka?

Czy wielkie zimno może wywołać jeszcze większe ciepło?

Film „Barany. Islandzka opowieść” (reż Grimur Hákonarson) wejdzie na ekrany kin w lutym 2016 ale nie chcę czekać z pisaniem o nim, nie tylko dlatego, żeby mi się kontury we wspomnieniach nie zatarły… bo scena finałowa zostanie w pamięci na pewno na bardzo długo. Oczywiście nie opiszę tej sceny, żeby nie odbierać widzowi przyjemności zobaczenia jej po swojemu. Ale może gdyby niektórzy obejrzeli „Barany” przed Wigilią to byłoby mniej symbolicznych pustych miejsc przy stole, bo te symboliczne zamieniłyby się w prawdziwe.

Nie chodzi tylko o spotkanie przy uroczystej kolacji… chodzi też o rozmowę, spojrzenie sobie w oczy, wybaczenie, przytulenie… częściej niż raz na 40 lat. Bo tyle właśnie nie rozmawiają ze sobą bohaterowie filmu – dwaj bracia – Gummi i Kiddi mieszkający na odludziu w domach stojących obok siebie. Domy obok siebie na odziedziczonej po rodzicach posesji, a rodzeństwo oddalone od siebie o lata świetlne… znacie to? Nie, nie pytam o film. Pytam o relacje z rodzeństwem. Czyż to nie jedna z trudniejszych relacji? Film porusza ten problem przy okazji opowieści o hodowli rzadkiej odmiany islandzkich owiec. Na ekranie islandzkie klimaty, lokalne zwyczaje, owce, barany oraz bracia bardzo obrażeni na siebie od 40 lat, o czym wie cała lokalna społeczność a z czego wynika też sporo komicznych sytuacji np. akcje specjalne z pasterskim psem pocztowym.

Niby tak niewiele w tym slow filmie na początku się dzieje… a jednak tyle się wydarzy.

Bo chyba życie za krótkie na zatwardziałe zagniewanie? Przychodzi moment, w którym warto odpuścić, wybaczyć i poczuć wdzięczność za to, co było dobre, wszak ileś dobrego też się wydarzyło. Życie zdecydowanie za krótkie na pielęgnowanie urazy. Nie tylko w rodzeństwie.

Wybierzcie się na ten film a może też na spotkanie z dawno nie spotkanymi? Tak po prostu… bez czekania na trzęsawkę, bo wtedy może być już za późno.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

O miłym facecie

(Na podstawie „No More Mr. Nice Guy” Roberta Glovera)

Znajdziecie zapewne takich mężczyzn w swoim otoczeniu: są grzeczni, uczynni, spokojni, troskliwi. Spodobaliby się przyszłej teściowej – to mężowie idealni. Ale z jakiegoś powodu ich życie nie jest tak doskonałe, jak byście się spodziewali. O syndromie Miłego Faceta, na podstawie własnej praktyki terapeutycznej, pisze amerykański psychoterapeuta, Robert Glover, w książce „No More Mr. Nice Guy”. Co widać u takich mężczyzn na pierwszy rzut oka?

Mili Faceci dużo dają z siebie innym. Mówią, że sprawia im to radość, uważają też, że dzięki takiemu zachowaniu będą bardziej lubiani i doceniani. Bardzo zależy im na byciu akceptowanym przez otoczenie. Szczególnie wyraźnie można to dostrzec w relacjach Miłych Facetów z kobietami. Troszczą się o innych, pomagają nawet wtedy, gdy nikt ich o to nie prosi. Wystarczy, że widzą w swoim otoczeniu kogoś, kto ma problem, jest smutny, zły, nieszczęśliwy – i już działają. Znowu – zwłaszcza, jeśli tym kimś jest kobieta.

Nie lubią konfliktów, unikają ich jak ognia. Dlatego nie mówią przykrych rzeczy ludziom ze swojego otoczenia, są bardzo ulegli, nawet za cenę rezygnacji z własnego stanowiska. Ukrywają też przed innymi swoje wady. Obawiają się, że jeśli ktoś zobaczy te niedociągnięcia w ich nieskazitelnym wizerunku, będzie się śmiać albo co gorsza odejdzie. Marzeniem Miłych Facetów jest znalezienie sposobu na szczęśliwe i bezproblemowe życie. Jeśli tylko by go odkryli, udałoby się uniknąć wszystkich przykrych rzeczy, które przytrafiają się w relacjach z ludźmi – oceny, odrzucenia, bycia nielubianym.

Inną cechą charakteryzującą Miłych Facetów jest ukrywanie własnych uczuć. Lepiej czują się wtedy, kiedy analizują, niż kiedy czują. Zwykle uczucia będą uważać za stratę czasu i energii. Kiedyś prawdopodobnie podjęli decyzję, że będą zupełnie różni od swoich ojców (którzy często byli nieobecni, wycofani, mieli problem z alkoholem) i za wszelką cenę starają się ten cel zrealizować. Mają mało męskich przyjaciół, zależy im raczej na akceptacji ze strony kobiet i to z nimi spędzają najwięcej czasu. Za wszelką cenę chcą przekonać je, że nie są źli, samolubni, że „nie są jak inni mężczyźni”. Potrzeby innych stawiają na pierwszym miejscu uważając, że złym egoizmem jest dbanie o realizację własnych pragnień. W centrum świata Miłego Faceta bardzo często znajduje się partnerka, więc robi wszystko, żeby ją uszczęśliwić.

A oto, co kryje się za tą dość sympatyczną, choć trochę nieszczęśliwą, fasadą Miłego Faceta. Według Roberta Glovera tytułowy Mr. Nice Guy prezentując się innym w masce, którą chcą widzieć, a nie pokazując swojej prawdziwej twarzy, jest po prostu nieuczciwy. Ukrywa swoje błędy, chowa swoje prawdziwe uczucia, mówi tylko to, co inni chcą usłyszeć. Jest skryty, bo dzięki temu udaje mu się ukryć wszystko to, co może sprawić, że inni będą niezadowoleni. W większym stopniu niż inni jest wyćwiczony łączeniu ze sobą sprzecznych informacji na własny temat. Racjonalizując potrafi np. powiedzieć, że nie zdradził żony, bo przecież nie doszło do pełnego stosunku.

Ponieważ Mili Faceci nie potrafią w jasny i bezpośredni sposób poprosić o coś, na czym im zależy, więc uciekają się do manipulowania innymi. Z racji tego, że chcą, żeby świat wokół był idealny, kontrolują wszystko i wszystkich, żeby ten swój ideał osiągnąć. Niby dają od siebie dużo, ale liczą, że dostaną coś w zamian. Może to być chociażby zmiana czyjegoś nastawienia względem nich. Jeśli nie dostają, czują się sfrustrowani, chociaż często nie potrafią się do tego przyznać. Wyglądają na spokojnych, a jednak zachowują się bierno-agresywnie: zamiast otwartej wrogości potrafią spóźniać się na spotkania, zapominać o czymś, powtarzać te same, irytujące drugą osobę zachowania, za każdym razem obiecując poprawę.

Tak, w Miłym Facecie jest mnóstwo gniewu. Choć twierdzi, że nigdy się nie złości, w środku aż kipi od niewyrażonych nieprzyjemnych emocji. I, jak to z tak tłumioną złością bywa, czasem wybucha ona w najmniej oczekiwanym momencie w zupełnie niekontrolowany sposób. Ponieważ Miły Facet tłumi emocje, może wpaść w nałogi, za pomocą których szybko, jednak jedynie na krótką metę, rozładowuje swoje napięcia. Według obserwacji autora jednym z najczęstszych sposobów radzenia sobie przez Miłych Facetów z emocjami są seksualne kompulsje. Ogólnie rzecz biorąc mają problemy ze swoją seksualnością i choć podkreślają znaczenie tej sfery życia, są z niej niezadowoleni.

Mili Faceci mają trudność w stawianiu granic. Ponieważ mają trudność z odmawianiem, czują się ofiarami i potrafią obarczyć drugą osobę winą za pojawiające się w związku z tym problemy. Z jednej strony chcą być lubiani, a nawet kochani, a z drugiej – izolują się i ukrywają do tego stopnia, że nie tylko nie pozwalają się do siebie zbliżyć, ale wręcz odpychają od siebie. Często pomagają innym – wygląda to tak, jakby przyciągali ludzi, którym mogą pomóc. W rezultacie zamiast żyć swoim życiem, zajmują się rozwiązywaniem problemów innych. Jak już było wcześniej wspomniane, ci inni wcale nie muszą prosić o pomoc. Bliskie relacje są dla nich najważniejsze, jednak dostarczają też wielu frustracji. Ponieważ boją się konfliktu, unikają takich rozwiązań, które są konieczne, najskuteczniejsze, ale mogłyby wiązać się z konfrontacją i narażeniem na niezadowolenie drugiej osoby. Zdarza się, że relacje z innymi traktują jak projekty, w realizację których angażują całą swoją energię. Chcą wyprowadzić drugą osobę na prostą. Doświadczają frustracji, kiedy ta osoba nie rozwija się „tak, jak powinna”.

Najczęściej są inteligentni, utalentowani, odnoszą względne sukcesy. Robert Glover pisze jednak, że z powodu schematów, w których tkwią, zwykle nie realizują w pełni swojego potencjału.

Co proponuje autor jako sposób na poradzenie sobie z własnym syndromem Miłego Faceta? Pracę na rzecz bycia w pełni zintegrowanym mężczyzną. Takim, który łączy w sobie asertywność, pasję, odwagę, jasną i ciemną stronę, przyzwala sobie na popełnianie błędów. Glover pisze, że zintegrowany mężczyzna:

  • lubi siebie takim, jakim jest,
  • bierze odpowiedzialność za spełnianie swoich potrzeb,
  • jest mu dobrze z jego męskością i własną seksualnością,
  • robi to, co słuszne, a nie to, co wygodne,
  • jest gotów zapewniać bezpieczeństwo i chronić tych, na których mu zależy,
  • w jasny i bezpośredni sposób wyraża swoje uczucia,
  • potrafi stawiać granice i nie unika sytuacji, które wiążą się z potencjalnym konfliktem.
  • Zintegrowany mężczyzna nie stara się być idealnym czy za wszelką cenę uzyskiwać aprobaty innych. Akceptuje siebie takim, jakim jest – co w gruncie rzeczy oznacza, że jest doskonale niedoskonały.

Glover pisze tylko o mężczyznach. Ale, jak to często bywa, nie różnimy się aż tak bardzo i istnieje też żeńska odmiana Miłego Faceta, różniąca się w szczegółach, ale jeśli chodzi o mechanizmy funkcjonowania – podobna. W naszych warunkach nazwałbym ją Matką Polką Egoistycznie Poświęcającą się. Ale o tym przy innej okazji.

Jacek Gientka

Psycholog, psychoterapeuta