Meryl Streep jak wino

Coach w kinie

Nie żebym nie doceniała jej dużo wcześniejszych ról i filmów. Wiem również, że swojego pierwszego Oskara dostała mając 29 lat.  Ale widać, że z wiekiem Meryl Streep nabiera coraz większego dystansu do siebie i do upływającego czasu. Nie robi ze swojej twarzy maski nafaszerowanej botoksem, czy innymi specyfikami mającymi „oszukać czas”. Ona nie musi oszukiwać czasu, bo ona się z nim zaprzyjaźniła. Czerpie z tej przyjaźni wiele radości, przyjemności i doświadczenia, a czas pięknie się odwdzięcza, co widać w kolejnych jej rolach, a szczególnie w tych komediowych.

Zgodnie też z dobrą zasadą, że człowiek się nie starzeje dopóki wciąż uczy się czegoś nowego, Meryl nie ucieka przed nauką. Do roli w jednym z poprzednich filmów („Nigdy nie jest za późno”) nauczyła się grać na gitarze (w wieku 60 lat) a teraz mając 67 lat nauczyła się fatalnie śpiewać. A może precyzyjniej będzie stwierdzić, że nauczyła się wydawać dźwięki, które ze śpiewem mają niewiele wspólnego, co wcale nie jest takie łatwe dla osoby dobrze śpiewającej (w filmie „Mamma Mia!”), jak twierdzą specjaliści w tej dziedzinie.

Ależ ona masakrycznie fałszuje!

Oczywiście mowa o jej najnowszej roli w filmie „Boska Florence” (reż. Stephen Frears), gdzie gra Florence Foster Jenkins, która mimo fatalnego głosu postanowiła śpiewać i występować na najlepszych scenach, i nawet groźba wydziedziczenia jej przez bardzo majętnego ojca nie powstrzymała tego brawurowego pomysłu. Ojciec jednak nie wydziedziczył Florence i dzięki pokaźnemu spadkowi mogła realizować nie tylko swoje marzenia (była również działaczką społeczną). To w ogóle ciekawa postać. A dzięki temu filmowi można poznać kilka mniej znanych faktów z jej życia, które pozwalają inaczej na nią spojrzeć. Jakich faktów? No nie powiem, żeby nie psuć radości oglądania i zadumy nad dziwnymi kolejami losu.

Powiem jedynie, że Hugh Grant grający jej męża to bardzo dobry wybór. Dodam również, że według mnie to nie jest film o najgorszej śpiewaczce świata, jak była nazywana Florence Foster Jenkins. To film o wyjątkowej, niebanalnej kobiecie mającej marzenia i realizującej je po swojemu. To również film o wyjątkowej miłości i przyjaźni, którą może niektórzy nazwą bardzo interesowną, ale czy aby na pewno taka była? Zobaczcie sami, albo z kimś…

…i nie zapominajcie o realizacji swoich marzeń i planów… i tych wielkich, i tych całkiem małych.

Aha, może warto też pomyśleć o zakolegowaniu się z czasem?

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

„A właśnie, że będę żyć długo i szczęśliwie!”

Ilu z nas wstaje w poniedziałek rano do pracy z radością, z chęcią, z uśmiechem na twarzy? Ilu z nas potrafi cieszyć się każdym dniem? Każdą chwilą? Zapachem letniego poranka? Wonią kwitnącej lipy? Otuliną jesieni? Pierwszym śniegiem? Upływem kolejnego kalendarza? Własnymi urodzinami?
Obserwuję ludzi jadąc rano autobusem – cisza. W większości dzierżone w ręku telefony (nie powiem – są i książki), ale to, co mówi do mnie tłum to: „znowu to samo, kolejny dzień, oby jakoś przeżyć”. Przeszywa mnie przerażenie. Dlaczego nie widzę żadnego uśmiechu, miłego gestu? Widzę, czuję szczelne zamknięcie na innych, na siebie.
Dlaczego tak pozwalamy sobie żyć? Dlaczego nie wyciągamy z każdej sekundy naszego życia tego, co najpiękniejsze? Tego, co może dać nam szczęście! Energię, by skakać dalej przez życie! By zachłysnąć się tym, co kochamy tu i teraz i iść z podniesioną głową! Wyłuskać z szarej codzienności coś własnego, coś pięknego – tylko mojego. I otworzyć ramiona, pochwycić i trzymać mocno tylko dla siebie. Dlaczego tak łatwo przychodzi nam krytyka innych, krytyka pogody, krytyka życia, polityki, w końcu siebie? A zrzędzenie?
Mówi się, że narzekanie jest narodowym sportem Polaków. I tak jest! Tylko po co? Co nam to daje? Smutek, negatywne bodźce dla mózgu, a w rezultacie wzrastającą liczbę depresji (to już 350 mln ludzi na świecie).
Budząc się każdego dnia mam w głowie myśl: jak najpiękniej wykorzystać to, co jest mi dane.
Choć, tak jak z pewnością każdy, doświadczam życia w różnym wymiarze – w tym w różowych okularach, jak i tym w ciernistych krzewach, to wiem, że każde doświadczenie zbudowało cegła, po cegle mnie – to kim jestem, jaka jestem.
Terapia skoncentrowana na rozwiązaniach, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia, wydobywa zasoby – czyli wszystko to, co jest pozytywne w nas, wokół nas, to co często jest zakopane, czego nie widzimy, zapomnieliśmy. Dzięki spojrzeniu na samych siebie z siłą, dzięki odkryciu tego, jak bardzo jesteśmy wielcy, jak wiele dzięki tej sile możemy – dążymy do celu – celu, który dla każdego z nas jest inny!

Justyna Kuczmierczyk

psychoterapeuta

W życiu jak w górach

Wielki polski taternik Wiesław Stanisławski napisał kiedyś: „Taka droga to jest radość dla serca taternika, a on sam patrzy na swe podrapane, przeziębnięte ręce, czy mu skrzydła nie wyrosły w czasie tej wędrówki w górę.”
Byłam z mężem w Karkonoszach. Celowo pojechaliśmy na kilka dni w góry, bo można odpocząć. Jesteśmy osobami, które lubią się zmęczyć – ale nie za bardzo – i Karkonosze polecamy. Można napełnić się górami i wrócić wyciszonym. Tak nam się przynajmniej wydawało do czasu, kiedy wybraliśmy się na Śnieżkę. Tłumy ludzi idących trudniejszym podejściem, mnóstwo wybierających dłuższą, ale mniej męczącą, drogę i następne tłumy wjeżdżających kolejką od strony czeskiej. W górach normalka, można rzec. Tylko pogoda od rana zapowiadała się zmienna. I właściwie nigdy nie wiadomo w która stronę zawieje wiatr, i kiedy zacznie padać, i kiedy słońce wreszcie stwierdzi, że się przestaje obrażać, wychynie zza chmur i zacznie przypiekać. Kiedy podchodziliśmy na Śnieżkę, zaczęło popadywać. Ot niewielkie pokropienie. Doszliśmy na szczyt, zaczęło mocniej. Ludzie na górze pocieszali się nawzajem, że na pewno zaraz przestanie. Nie chciało. Przyleciała skądś mgła. Od prawie roku nie funkcjonuje schronisko – kawiarnia, tylko budka kawiarniana bez żadnych stolików. Usiedliśmy na kamiennej posadzce wewnątrz budynku. Oddałam się swojemu najbardziej ulubionemu zajęciu: obserwowałam napływających ludzi. Mniej lub bardziej mokrzy, niektórzy źli, bo im deszcz plany pokrzyżował. Nie będę powtarzała truizmów typu – „idąc w góry należy mieć odpowiednie obuwie”. Albo „idąc w góry powinno się mieć odpowiedni ubiór, dostosowany do zmiennych warunków pogodowych”. Część, niestety głównie ta z dziećmi, miała trampki, lekkie bluzeczki, jakiś płaszczyk przeciwdeszczowy i właściwie zero dostosowania do wycieczki w góry. My, siedząc na suchej, choć zimnej posadzce, zajadając kanapki z kawą, rozkoszowaliśmy się chwilą, śmiejąc się, że przyjdzie nam nocować na szczycie. Rodzice małych dzieci, wkurzeni na brak miejsca i pogodę, przerzucali się winą za niezabraną kurtkę czy nieodpowiednie buty. Dzieci zaczynały płakać, bo co tu robić wobec nerwowości rodzicieli. Niektórzy piechurzy cierpliwie czekali, inni starali się zachować względny spokój, jeszcze inni zgrzytali zębami pomstując na czym świat stoi. Oberwało się nawet panu pobierającemu opłatę za skorzystanie z toalety.
W czasie tego długiego oczekiwania na poprawę aury zastanowiło mnie jedno. Ile w nas próby kontrolowania życia i sytuacji, która jest wokół? Sama to robię, przyznaję ze smutkiem. Staram się pamiętać o wszystkim, o czym muszę i przypominam, zanudzając, domowników oraz przyjaciół, by pamiętali i wykonali zadania określone na dany dzień. Tylko czy naprawdę da się kontrolować życie?! Czy mamy wpływ na pogodę? Olśniło mnie po raz nie wiem który, że dopóki odhaczamy kolejne punkty na planie dnia, zamiast patrzeć na życie i tego typu zjawiska jak na coś ciekawego, co nadaje nieco kolorów naszej rzeczywistości – nigdy nad tym nie zapanujemy (nie zyskamy przewagi). Zawsze będzie to frustrujące. Paradoksalnie im szybciej zdamy sobie sprawę, że nie mamy praktycznie żadnego wpływu na funkcjonowanie świata, tym więcej daje nam to kontroli, ale nie nad światem – tylko nad emocjami. Wpływ mamy na to, co odczuwamy, jak intensywnie i co z tymi emocjami robimy. Wtedy z całą mocą dotarło do mnie, że warto brać życie takim jakie jest i traktować je jako przygodę oraz pewien proces. Każdą nowość traktujmy z pewnym zaciekawieniem, a nie będzie już miejsca na strach czy niekontrolowaną złość (każdą złość da się kontrolować, o ile się potrafi – to tak na marginesie). I przede wszystkim podchodźmy do życia z humorem, jak nam podpowiada coach Barbara Popławska. Kiedyś usłyszałam, że: „Życie nie jest terminarzem, w którym da się wszystko ustalić i tak już będzie”. Weźmy te słowa do serca.

Zastanowiło mnie także: jak bardzo rodzice przerzucają swoje frustracje na dzieci – choć to wiadomo nie od dziś. Ale to myśl na inny felieton.

Magdalena Szwalgin

Psycholog, psychoterapeuta

Miłość mierzona w centymetrach

Coach w kinie

„Facet na miarę” (reż. Laurent Tirard) to francuska komedia w sam raz na wakacje… a może nie tylko? Ona: Diane (Efira) – ładna, wysoka, wrażliwa, inteligentna prawniczka. On: Alexandre (Dujardin) – przystojny, szarmancki, kreatywny i… bardzo niski architekt. Jak bardzo? 136 cm.

Ta różnica wzrostu jest na tyle duża, że nikt nie ukrywa ciekawości, a często i rozbawienia, gdy widzi ich razem. Łączy ich wiele: poczucie humoru, umiejętność rozmowy na każdy temat, podobna wrażliwość, empatia, potrzeba miłości po singielskim doświadczeniu porozwodowym. A dzieli, tak na oko, około 40 centymetrów, które chwilami bywa jak przepaść, głównie dla niej, gdy wszyscy patrzą wymownie i komentują po cichu albo głośno, jak jej były mąż.
No właśnie, bo co ludzie jeszcze powiedzą i zrobią, żeby uprzykrzyć im życie? A niech mówią, co chcą – chciałoby się rzec – ale to nie takie proste w codzienności. Im więcej ludzkich spojrzeń i komentarzy, tym więcej ona ma wątpliwości, bo on nie.  On wie czego w życiu chce, bo od zawsze musi sobie radzić ze swoimi 136 centymetrami. No może od prawie zawsze. Na jej pytanie, czy był kiedyś zakochany w kimś swojego wzrostu odpowiada: tak, w przedszkolu, ale ona potem urosła.

Prawniczka po wielu wewnętrznych „rozkminkach” zbiera się na odwagę i wygłasza długi monolog: jaka czuje się przy nim ważna, kochana, zaopiekowana i że dzięki niemu świat jest większy – o paradoksie – po czym zaraz oświadcza… że jednak muszą się rozstać i natychmiast wychodzi nie czekając na jego odpowiedź.
I co? Koniec? No nie, ale dalej nie opowiem, kto chce, niech zobaczy… i zastanowi się zanim oceni kogoś po wyglądzie, czy po ilości centymetrów.
Stereotypy i uprzedzenia potrafią popsuć życie i związek. Może warto uważać na swoje słowa, a przede wszystkim może warto przyjrzeć się swoim myślom i przekonaniom, i dać szansę zmianie.
A swoją drogą jak fantastycznie działa magia kina. Aktor grający głównego bohatera ma w rzeczywistości 182 cm wzrostu. Jak oni to zrobili, że wypada w swoich 136 cm tak realistycznie na ekranie? Ach ta magia kina…

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Czy warto oszukać czas?

Coach w kinie

„Jeśli chcesz zrobić coś niemożliwego, musisz najpierw uwierzyć, że jest to możliwe”

To motto głównej bohaterki pojawia się już na początku filmu „Alicja po drugiej stronie lustra”(reż. James Bobin).  Alicja (Mia Wasikowska) spełniła swoje marzenie i jest kapitanem statku, ale gdy wypowiada tę kwestię, na morzu szaleje burza a ona cudem przeprowadza statek między skałami, uciekając przed uzbrojonymi piratami. Udaje się ocalić statek z załogą, chociaż faktycznie sytuacja wydawała się beznadziejna. A wszystko to dzieje się w realnym świecie, wcale nie po drugiej stronie lustra. Alicja, po bardzo długim rejsie z Chin, bezpiecznie doprowadza statek do portu, gdzie czeka na nią zaniepokojona matka przynosząca wieści o zmianie ich sytuacji… no właśnie, nie będzie tu spoilera, żebyście sami mogli się przekonać o co chodzi.

Oczywiście – zgodnie z tytułem filmu – Alicja znajdzie się również po drugiej stronie lustra, w baśniowym świecie pełnym kolorów i  fantazji. Tutaj czekają na nią stęsknieni przyjaciele, którzy bardzo potrzebują jej optymizmu i pomocy, w sprawie, która na pierwszy rzut oka wydaje się beznadziejna. Bo jeśli nie Alicja, to kto podejmie się rozwiązania tej skomplikowanej sytuacji? I jeśli nie teraz, to kiedy? Oczywiście życiowe motto i odwaga Alicji znowu bardzo się tu przydadzą.

Alicja tym razem stanie w szranki z Czasem (Sacha Baron Cohen) i przeprowadzi misterną rozgrywkę, dokonując powrotu do przeszłości, żeby ją zmienić. Czy jej się to uda?… hmmm… i tak, i nie… a szczegóły zobaczcie w kinie. Bo nie tylko po drugiej stronie lustra nie wszystko jest takie, na jakie wygląda… W każdym razie baśniowy świat kolorów i wielobarwnych wydarzeń dostarcza w tym filmie magicznych wrażeń. I chociaż jako dorośli wiemy, że nie można zmienić przeszłości, to Alicja doda tu swoją puentę, że można jednak wyciągnąć wnioski z minionych wydarzeń…

…i na pewno warto to czynić.

…i na pewno warto też realizować swoje marzenia, niekoniecznie patrząc w lustro, i w metrykę. Bo Dzień Dziecka można świętować w każdym wieku… nie tylko pierwszego czerwca, czego Tobie i sobie życzę.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Przyjaźń bezcenna

W wolnej chwili zrób listę osób, które możesz nazwać swoimi przyjaciółmi.
Przywołaj w myślach każdą z tych osób i odpowiedz sobie na kilka pytań:
– czy spotkanie z przyjacielem/przyjaciółką sprawia mi radość?
– czy przyjmuję przyjaciela/przyjaciółkę takim jakim/jaką jest?
-czy zdarza mi się zrezygnować z własnej przyjemności, jeśli przyjaciel/przyjaciółka potrzebuje mojej pomocy?
– czy bez obaw zwierzam się swojemu przyjacielowi/przyjaciółce?
– czy bronię swojego przyjaciela/przyjaciółkę, jeśli ktoś mówi o nim/o niej źle?

Twoja lista przyjaciół nie musi być długa, wszak nie ilość się liczy…
A teraz pomyśl, kto ciebie może nazwać przyjacielem/przyjaciółką?

Niezawodnej recepty na zdobycie przyjaciół jeszcze nie wymyślono.
Ale chyba każdy chciałby doświadczyć przyjaźni? Tylko czy każdy potrafi być przyjacielem/przyjaciółką?
Bo w przyjaźni trzeba umieć zaangażować się w sprawy drugiego człowieka, znaleźć czas na spotkanie i rozmowę, umieć wysłuchać, a czasami po prostu razem pomilczeć, nie uciekać od sytuacji trudnych, pomóc w razie potrzeby, nie oceniać, okazać wyrozumiałość, lojalność, tworzyć wspólne rytuały, celebrować chwile, wybrać się do kina, na koncert, na spacer, odbywać wspólne podróże małe i duże, być otwartym na różne niespodziewane sytuacje.
W przyjaźni ludzie często komunikują się specyficznym językiem, swobodnie rozmawiają na różne tematy, pewne zwroty są zrozumiałe tylko dla nich, śmieją się, chociaż inni nie widzą powodu do śmiechu, wzajemnie podtrzymują się na duchu.

Moc przyjaźni jest wielka: dostarcza naszemu życiu radości, nadziei, bezpieczeństwa i ciepła. W przyjaźni można być sobą. Dlatego warto mieć przyjaciół i warto dbać o przyjaźń.
A Ty jak dbasz o swoją przyjaźń?

Barbara Popławska

coach

Po prostu cisza

Uczestnicy prowadzonych przeze mnie Warsztatów Emocjonalnych przyzwyczaili się do bardzo różnych moich pytań.

Jakiś czas temu zapytałam: „Po co nam cisza?”.

Uważam, że to jedni z lepszych adresatów, zważywszy na prawie wrośnięte w ich uszy słuchawki i na fakt, że to wokaliści wykonujący różne gatunki muzyczne.

Po namyśle odpowiedzieli, że cisza jest bardzo potrzebna:

  • do wsłuchania się w siebie i swoje uczucia
  • do uspokojenia się po dużych emocjach
  • żeby usłyszeć innych
  • żeby odnaleźć siebie
  • żeby lepiej słyszeć
  • żeby odpocząć
  • żeby usłyszeć swoje prawdziwe myśli
  • żeby lepiej poznać samego siebie
  • żeby zrozumieć własne pragnienia
  • do nauki
  • żeby móc ze sobą porozmawiać
  • żeby się skupić, skoncentrować
  • żeby się uspokoić
  • żeby przemyśleć różne sprawy
  • żeby pomarzyć
  • do relaksacji
  • do rozluźnienia
  • do oczyszczenia umysłu
  • do snu
  • do radości
  • do spokoju
  • do tworzenia
    Ucieszyły mnie te odpowiedzi i refleksje. A może jeszcze bardziej, że ci, których widuję zazwyczaj ze słuchawkami w uszach tym razem wyszli po warsztatach bez nich. Może to święto ciszy potrwa choć chwilę?

A Ty do czego potrzebujesz ciszy?

Barbara Popławska

coach

Bądźmy ekscentrykami

COACH W KINIE

Muzykujmy, śpiewajmy, tańczmy, róbmy flash mob, cieszmy się chwilą!

Już od jakiegoś czasu zbierałam się do napisania tekstu o śpiewaniu: że warto, bo tyle dobrego dzięki śpiewaniu się dzieje. No i w międzyczasie  trafiłam na flash mob zapowiadający film  „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”, więc szybko wybrałam się do kina. Tym bardziej postanowiłam napisać o muzykowaniu, które pozwala przetrwać nawet najbardziej mroczne czasy.

W filmie „Excentrycy” to lata 50-te:  smutne, pogmatwane losy ludzkie wynikające z parszywej sytuacji politycznej. Jazzman Fabian (Maciej Stuhr) powraca z Anglii do Ciechocinka, do swojej siostry Wandy (Sonia Bohosiewicz). Oczywiście wzbudza powszechną ciekawość, ale też zawiść wielu lokalsów, bo jest postacią barwną w ubiorze i stylu życia. A kiedy zaczyna grać w mieszkaniu siostry światowe standardy, zjawia się tam już następnego dnia milicjant Stypa (Wiktor Zborowski), ponieważ okoliczni mieszkańcy złożyli doniesienie o zakłócaniu porządku publicznego. Bardzo polecam scenę, gdy Stypa siada do fortepianu i zaczyna grać różne interpretacje tego „zaskarżonego” utworu… Tak, milicjant też okazuje się muzykiem, który niestety teraz ma taką niefajną fuchę, ale bardzo tęskni za muzykowaniem.

No i zaczyna się tworzenie swingowego big bandu z miejscowych ekscentryków. Ach… te ich spotkania, rozmowy, celebrowanie wspólnego muzykowania… Nie będę opowiadać, bo warto to zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć muzykę i śpiew. Pojawia się też wątek miłosny: gwiazda zespołu – Modesta (Natalia Rybicka) rozkocha w sobie Fabiana… no właśnie, nie napiszę z jakiego powodu. A Wanda, która na co dzień rwie zęby lokalsom, okaże się lepszą wokalistką niż dentystką, z korzystnym dla swojego zdrowia skutkiem… szczegóły i ciąg dalszy w filmie.

A w życiu? W życiu też warto śpiewać i muzykować, o czym świetnie wie pisząca te słowa. Zapytałam siebie i kilka osób, z którymi pracuję w różnych projektach muzycznych:  dlaczego warto śpiewać?  Oto odpowiedzi: śpiewanie daje wielką radość, uśmiech, poczucie wolności, lekkości, pomaga wyrazić siebie, uwalnia emocje, tworzy wspólnotę, otwiera na ludzi, na nowe doświadczenia, przeżycia, pomysły, rozwija kreatywność, wzmacnia poczucie własnej wartości, odrywa od problemów małych i dużych, ubarwia i rozświetla codzienność.

Niech więc puentą będzie początek piosenki Andrusa: „Zamiast bać się czarnej dziury, lękać się imperium zła, ludzie zakładajmy chóry, wszędzie, gdzie się da”.

Aha, niedawno zrobiliśmy flash mob w metrze, gdzie zaśpiewaliśmy Andrusa i „Ptasie plotki” Tuwima. Mega energia i radość. Wspaniała dawka endorfin. 🙂

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Kolejna kolorowanka

Elżbieta Rowińska-Garbień, seksuolog i psychoterapeuta, przygotowała kolejną kolorowankę. Wersja do zapisania na dysku jest pod tym linkiem.

kolorowanka 2

A jeśli chcecie skorzystać z konsultacji seksuologicznej lub psychoterapii w podejściu poznawczo-behawioralnym, zapraszamy do zapisania się do naszej specjalistki, np. przez  formularz kontaktowy.

O tęsknocie

Dziś dwa spojrzenia na ten sam temat: damskie i męskie. Dwugłos czasem jednobrzmiący. Jeden tekst autorstwa Barbary Popławskiej, coacha, drugi – Jacka Gientki, psychoterapeuty.

tesknota

Źródło: Barbara Popławska, Marketing Miłości w 44 wariacjach, wyd. Cartaliapress

Barbara Popławska

Coach

TĘSKNIĆ

Tęsknić. Do świtu rozmyślać w pustym łóżku, że tak niewiele brakowało, żeby obok leżała ona, żeby w pokoju obok przy komputerze siedział on. Marzyć o czymś, co było, o czymś, co mogło być, ale jakoś się nie złożyło. Na każdym kroku wspominać: tu byliśmy na pierwszym spacerze, tu pocałował mnie pierwszy raz, tu nauczyciel od fizyki widział, jak szliśmy za ręce, tego dnia do mnie podszedł i zapytał, jak mam na imię, w te wakacje byliśmy wspólnie na wczasach, taką sukienkę miała, gdy widziałem ją po raz ostatni… Tęsknić. Żałować, że się nie udało, że się skończyło, że minęło. Pielęgnować porażkę.

Tęsknić. Wspominać to, co było. Wyświetlać obrazy przeszłości na ekranie dnia dzisiejszego. Porównywać, gdzie byliśmy wczoraj, gdzie jesteśmy dzisiaj. Przypominać sobie bezpieczne miejsca, ciepłe uczucia, piękne obrazy. Czerpać energię z przeszłości – bo skoro kiedyś się udało, uda się jeszcze nie raz. Minione przeżycia traktować jak źródło doświadczeń, na których da się zbudować spójne kontinuum: wczoraj-dziś-jutro. Tych, którzy odeszli na zawsze, wspominać ciepło, realizując ich nienapisany testament miłości, wsparcia, sympatii, dobroci, czując wdzięczność za to, co pozostawili. Pamiętać, że celem nie może być to, co było, tylko to, co jest albo będzie.

Tęsknota. Zamknięcie się w kokonie fałszywych, wyidealizowanych wspomnień, ucieczka przed teraźniejszością, przed koniecznością wprowadzenia zmian w swoim życiu. Zamrożenie.

Tęsknota. Nostalgia, chwilowy smutek. Przerwa w beztrosce, potrzebna jak obłok na bezchmurnym niebie. Refleksja.

Jak wolisz tęsknić?

Jacek Gientka,

Psychoterapeuta