Czy prof. Zimbardo ma rację?

…i czy trzeba zjeść z nim kolację, żeby się o tym przekonać? Od razu odpowiadam: nie jadłam z nim kolacji, chociaż była taka możliwość. Natomiast z ciekawością skorzystałam z zaproszenia na konferencję „Mężczyzna 3.0” organizowaną przez Instytut PWN. Gościem specjalnym konferencji był właśnie prof. Philip G. Zimbardo, uznany na świecie „głos i twarz współczesnej psychologii”. Pośród jego ponad 400 publikacji naukowych, w tym 50 popularnonaukowych książek, znajdują się: najstarszy i wciąż używany podręcznik „Psychologia i życie” oraz „Psychologia. Kluczowe koncepcje”, której nowe wydanie miało premierę w dniu konferencji, czyli 13 października 2017 roku. Skąd więc tytuł mojego tekstu?

Czy chcę podważyć ten uznany autorytet? Oczywiście, że nie, ale jest temat, w którym nie tylko ja wolałabym, żeby prof. Zimbardo nie miał racji. Myślę o kryzysie męskości, o którym wygłosił wykład na wspomnianej konferencji, odwołując się do książki „Gdzie ci mężczyźni” (jest jej współautorem). Wyniki badań są alarmujące. W swoim wykładzie prof. Zimbardo akcentował uzależnienie młodych mężczyzn od gier wideo (od 5 do 15 godzin grania na dobę!). Mężczyźni mają w nich jasne zasady działania, zawsze mogą wygrać, łatwo przechodzą kolejne etapy, prowadzące ich do coraz bardziej spektakularnych zwycięstw. Uciekają w świat wirtualny, bo funkcjonowanie w nim jest zdecydowanie mniej skomplikowane i przynosi dużo więcej satysfakcji niż w świecie realnym, w którym są nie tylko zwycięstwa ale i porażki. Współczesny męski świat kurczy się do rozmiaru laptopa lub smartfona, w którym wszystko może być nienaturalnie piękne i duże. Tak, była mowa też o rozmiarach, na tyle istotnych dla młodych mężczyzn, że po obejrzeniu pornografii w internecie wpadają w kompleksy, gdyż często jest to dla nich jedyne źródło edukacji seksualnej. W rezultacie zaczynają unikać bliskości seksualnej, bo nie wydaje im się aż tak spektakularna, jak w porno-filmach. Młodzi mężczyźni stają się coraz częściej jedynie konsumentami, nic nie tworzą, unikają nauki i pracy. Z kolei brak aktywności fizycznej i śmieciowe jedzenie powodują otyłość, która wpływa na zmniejszenie ilości testosteronu i spadek libido. Natomiast ci, którzy dbają o swój wygląd i rzeźbią sylwetkę na siłowni, czasami popadają w drugą skrajność: bigoreksję, czyli obsesję na punkcie budowania masy mięśniowej i specjalnej diety.

Tak, wolałbym jednak, żeby prof. Zimbardo nie miał racji, ale niestety kryzys męskości narasta. Konieczne są rozwiązania systemowe, według Profesora trzeba tworzyć programy mentorskie dla mężczyzn, wspierać rolę ojca (urlopy tacierzyńskie). W szkołach, a nawet już w przedszkolach, powinno być więcej mężczyzn nauczycieli i wychowawców, zaś na kolejnych etapach edukacji trzeba uczyć praktycznych umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach w realnym życiu, rozbudzać ciekawość, mobilizować do zadawania pytań, uczyć uważności i umiejętności interpersonalnych, pracy w grupie. Edukacja seksualna powinna odbywać się w szkole, żeby internet nie był pierwszym i jedynym źródłem tej nauki, powodującym frustracje i nieprawdziwe wyobrażenia o tej istotnej sferze życia. Trzeba uczyć mężczyzn wrażliwości, okazywania emocji, szacunku do siebie i do innych, uczyć budowania zdrowego poczucia własnej wartości w realnym życiu. Rodzice powinni przestać wyręczać synów we wszystkich codziennych obowiązkach i przestać cieszyć się faktem, że nigdzie nie wychodzą z domu, tylko „spokojnie coś robią w internecie”. Niech każdy z domowników, bez względu na płeć, ma partnerski wkład w pracę i obowiązki na rzecz rodziny. Łatwo powiedzieć… tylko jak to zrobić?

Otóż okazuje się, że już zaczyna się  dziać coś pozytywnego w obszarze ojcostwa wśród mężczyzn partnersko uczestniczących we wspólnym wychowywaniu dzieci. Organizatorzy konferencji zaprosili kilku ojców, którzy mogą być mentorami dla innych.

Tomasz Grzyb przekonywał w czasie swojego wystąpienia, że czas spędzony przez ojca z dzieckiem jest niezmiernie ważny i na pewno nie może ograniczać się do 40 sekund dziennie! Tak, to nie pomyłka: badania prowadzone nad 1796 brytyjskimi rodzinami pokazały, że właśnie tyle czasu – 40 sekund – średnio spędzają ojcowie ze swoimi dziećmi. Ten brak poświęconego czasu i uwagi kładzie się cieniem na całe życie dzieci, które dorastają właściwie bez ojców. A tyle fajnych rzeczy można robić z dziećmi, jak zapewniał dr Grzyb: piec chleb, grać w gry planszowe, robić coś z niczego (sztuka recyklingu). Również bardzo ważne, żeby uczyć dzieci, że porażka to część życia każdego człowieka i właśnie z porażek uczymy się więcej niż z sukcesów. A najważniejszą chyba puentą dr. Grzyba było stwierdzenie „kochaj, bo to fajne jest”… i cóż więcej dodawać?

No może jeszcze tyle, że bardzo ciekawie o współczesnym ojcostwie opowiadał również Kamil Nowak, który wierzy, że zaangażowane ojcostwo jest bardzo ważne, czemu daje wyraz, a nawet wiele wyrazów, na swoim blogu Ojciec (mam nadzieję, że w życiu codziennym również). Na konferencji zacytował wypowiedź Franka Pittmana (psychiatry i psychoterapeuty): ”Faceci, którzy obawiają się zostać ojcami, nie rozumieją, że ojcostwo to nie jest coś, co robią doskonali mężczyźni, ale coś, co udoskonala mężczyznę. Końcowym produktem wychowania dzieci nie jest dziecko, ale rodzić”. Najchętniej zapytałabym żony/partnerki tych facetów jakimi oni są mężami/partnerami w codziennym życiu? A może to temat na kolejne spotkanie?

Nie wymieniłam wszystkich uczestników konferencji, bo nie to było moim celem. Zainteresowanych odsyłam do materiałów Instytutu PWN. A puentą tej konferencji niech będzie stwierdzenie prof. Zimbardo, że bliskość ojca w dzieciństwie powoduje lepsze życie, w czym można mu przyznać rację, odpowiadając na pytanie zadane w tytule! 🙂

Panowie, jest sporo zadań, które trzeba odrobić! Jakich? Na przykład takich: zaangażowane partnerstwo, ojcostwo, podjęcie działania w kierunku zmiany, wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, które składa się również z porażek, nie tylko ze zwycięstw… a wszystko to w świecie realnym, więc po przeczytaniu tego tekstu proszę wyjść z netu i wziąć się do realnej pracy. Może usłyszę, że dzisiejsze czasy to również kryzys kobiecości… ale to już temat na inny tekst i może również na konferencję? A jeśli się okaże, że to w ogóle kryzys człowieczeństwa? Będę ciekawa Waszych przemyśleń i obserwacji. Może warto zmieniać i definiować na nowo kolejne etapy życia?

 

Barbara Popławska

Coach

Nie bój się kolorów

Coach w kinie

Co wiesz o życiu i twórczości kanadyjskiej malarki Maud Lewis? Jeśli niewiele, to koniecznie wybierz się na film „Maudie” (reż. Aisling Walsh, scen. Sherry White). A jeśli nawet wiesz całkiem sporo, to również się wybierz. Nie tylko ze względu na jej fantastycznie kolorowe imaginacje, malowane na wszystkim, co się tylko dało pomalować, ale głównie na możliwość zobaczenia wzruszającej opowieści o kruchej, filigranowej kobiecie (świetnie zagranej przez Sally Hawkins), której choroba (reumatoidalne zapalenie stawów) nie przeszkodziła w realizacji marzeń. Na pewnym etapie, wbrew wszelkim trudnościom i przeciwnościom, malowanie stało się jej pasją i stylem życia. Kiedy w sytuacji przełomowej, znajoma zadaje pytanie schorowanej Maudie, skąd czerpie siłę, ta odpowiada, że nie wie, ale dopóki trzyma pędzel przed sobą i może malować, to życie ma sens. Poza tym nie ma dużych potrzeb. Swoje obrazy sprzedawała po 5 dolarów (a teraz na światowych aukcjach osiągają cenę kilkudziesięciu tysięcy dolarów).

Po obejrzeniu filmu napisałam poniższą listę, z wdzięczności za ten wzruszający obraz:

  • nie pozwolić decydować innym, co jest dla nas ważne
  • nie oczekiwać zbyt wiele
  • dodawać radosnych, ciepłych kolorów życiu i otoczeniu
  • realizować swoje pasje, wbrew przeciwnościom
  • szukać możliwości nawet tam, gdzie trudno je dostrzec
  • mieć szacunek do siebie
  • dawać szansę miłości
  • uśmiechać się wbrew wszystkiemu
  • okazywać wdzięczność
  • mieć kawałek swojego świata, do którego wstęp mają tylko wybrane osoby.

Aha, film opowiada też o trudnej, a wręcz niemożliwej miłości dwojga na pozór zupełnie niepasujących do siebie osób… A chusteczki przydają się widzom, wcale nie z powodu kataru.

 

Barbara Popławska

Coach

Podróż w czasie

Coach w kinie

Czy miewacie marzenia, żeby podróżować w czasie? Przenieść się do zupełnie innej epoki i znaleźć się w innym miejscu? Bo ja bardzo chciałam odbyć taką podróż i wybrać się na koniec XIX wieku. Ostatnio nadarzyła się świetna okazja. Kinoteka daje taką możliwość na filmie „Bracia Lumiere”. Przed filmem pytałam różne osoby z jakimi tytułami kojarzy im się nazwisko Lumiere. Niektórzy wymieniali „Wyjście robotników z fabryki”… i to właściwie był koniec znajomości tytułów. Aż do czasu premiery filmu „Bracia Lumiere”, dzięki któremu wiadomo sporo więcej, np. że bracia Louis i Auguste Lumiere nakręcili 1400 krótkich filmów, żeby „pokazać światu świat” jak mówili.

Therry Fremaux – dyrektor festiwalu filmowego w Cannes, wyłuskał z tego ogromnego wyboru też całkiem sporo, bo 114 filmów i ułożył z nich opowieść o epoce początków kina. Bardzo to ładna opowieść, pełna humoru, sentymentalnych historii i wielu ciekawych scen, a głos z offu zwraca nam uwagę na różne sytuacje i detale z tamtej epoki.

Pierwszy raz widziałam jadący po szynach piętrowy tramwaj… tak, tramwaj, zaś autobusy ciągnięte przez konie. Zobaczyłam, jak wyglądał Lyon w tamtych czasach, spojrzałam z wieży Eiffla na ówczesny Paryż. A jakie wspaniałe stroje można zobaczyć na ulicach wielu europejskich miast… i to wcale nie kostiumy filmowe, tylko autentyki. Na chwilę też zajrzałam do ówczesnego Egiptu, do Wietnamu i do Ameryki.

Poezja filmowego obrazu. Wyobraźcie sobie, że nikt nie patrzy w ekran smartfona ani laptopa. Ludzie patrzą na siebie, przed siebie, patrzą w niebo, w morze… Pracują, odpoczywają, spędzają czas w różnych miłych okolicznościach… grają w gry towarzyskie, tańczą, podróżują bez nawigacji… wiele ciekawych i miłych sytuacji. Zachęcam do tej 90-minutowej podróży… bez smartfonów 🙂 Naprawdę warto. A dla znających francuski, dodatkowy bonus: komentuje sam Therry Fremaux. Ale nieznających ojczystego języka braci Lumiere uspokajam: są napisy 🙂

Barbara Popławska

Coach

Czas na…

Coach w kinie

 

Byłam niedawno w kinie na filmie „Zawsze jest czas na miłość” (reż. J. Hopkins). Myśląc o tym filmie chyba rozszerzyłabym tytuł o kilka istotnych punktów…

Nigdy nie jest za późno:

  • na zmiany
  • na odważne i niepopularne decyzje
  • na rozstanie się z pseudo-przyjaciółmi, którzy chcą po swojemu urządzać twoje życie
  • na zadbanie o siebie
  • na przypomnienie sobie o swojej pasji
  • na pójście pod prąd
  • na wyrwanie się z utartych schematów
  • na celebrowanie małych przyjemności
  • na życie w zgodzie ze sobą
  • na docenienie siebie

Zazwyczaj staram się nie sięgać po słowa „zawsze” i „nigdy”, ale tutaj zrobiłam wyjątek, bo mają one swoje uzasadnienie.

Zaś co do filmu, to bardzo przyjemna i prawdziwa (oparta na faktach) opowieść z fajną rolą Diane Keaton i Brendana Gleesona.

Będę oczywiście ciekawa Twojej listy po obejrzeniu filmu… a może jeszcze przed? Takie wstępne ćwiczenie w myśleniu o tym, co jest ważne i czy dajesz sobie na to zgodę i czas…

 

Barbara Popławska

coach

Marzenie – plan – realizacja

Być w Liverpoolu i nie doświadczyć Beatlesów? To niemożliwe. Ale być tam i w tym kontekście doświadczyć siebie, to fantastyczna przygoda.

Dostałam niedawno zaproszenie na ciekawe wydarzenie w Liverpoolu, więc nie zastanawiając się ani chwili, wsiadłam do samolotu i już po ponad dwóch godzinach podróży powitały mnie na lotnisku słowa piosenki „Imagine”. Wystarczy spojrzeć w górę, żeby zobaczyć najważniejsze cytaty z „Imagine”. Zatrzymaj się na chwilę, poczytaj, pomyśl… zdaje się mówić Lennon na powitanie. A może – nie przegap tego, co najważniejsze? Bo „life is very short” jak nucę w następnej piosence. Od tej pory piosenki Beatlesów będą mi towarzyszyć w Liverpoolu cały czas.

Przed lotniskiem stoi ogromna, żółta łódź podwodna… dla mnie to nie tylko kolejne nawiązanie do Beatlesów, odczytuję to również jako zachętę do zanurzenia się w ciekawe możliwości, które czekają w Liverpoolu.

Opowiem krótko o jednej z nich. Postanowiłam zrealizować moje marzenie, zamienione w plan, żeby zaśpiewać na scenie Cavern – klubu, w którym Beatlesi grali swoje pierwsze koncerty, zanim wyruszyli na podbój świata. Tak, zaśpiewać! Nie tylko być tam na jednym z kilku koncertów odbywających się w tym czasie, ale wejść na scenę i zaśpiewać „Imagine” i „All you need is love”. Już samo przebywanie w tym klubie to fantastyczne emocje, a słuchanie na żywo piosenek wykonywanych przez ludzi w każdym wieku to wielka frajda.

Ale przyszedł moment wyzwania dla mnie: wejścia na scenę, zmierzenia się ze sobą i swoim nie-perfekcyjnym angielskim, oswojenia tremy, zapanowania nad głosem, melodią i tekstem. Udało się, zaśpiewałam! To jedno z fantastyczniejszych doświadczeń. Właśnie tu i właśnie w taki sposób. Wielka radość!

 A teraz ciekawostka: w Liverpoolu są dwa miejsca o nazwie Cavern – jedno ma w swojej nazwie „club” a drugie „pub” i żeby było ciekawiej, oba mieszczą się przy tej samej ulicy, niedaleko siebie, można powiedzieć, że prawie naprzeciwko. Do obu przybywają ludzie z całego świata, żeby posłuchać na żywo piosenek Beatlesów i wszyscy są przekonani, że znajdują się właśnie w tym historycznym miejscu. Ale jedno z nich jest bardziej beatlesowsko-historyczne, a drugie tworzy ten klimat dobrze i skutecznie.

Ażeby przekonać się, która scena jest tą „najbardziej Beatlesową” warto odwiedzić The Beatles Story, gdzie wszystko się wyjaśnia… a nawet jeszcze więcej. W tym muzeum bardzo ciekawie i wielobarwnie jest pokazana, opowiedziana, sfotografowana, sfilmowana historia Beatlesów. To na pewno punkt obowiązkowy w czasie pobytu w Liverpoolu, zarówno dla tych, którzy niewiele wiedzą o historii słynnej czwórki, jak i dla tych, którym się wydaje, że wiedzą prawie wszystko. To historia o czterech chłopakach, którym na samym początku, po odsłuchaniu nagrania demo, żadna wytwórnia nie chciała wydać pierwszej płyty. Dopiero zagrany z pasją mini koncert na żywo spowodował, że jeden z wydawców zaryzykował, bo urzekli go wtedy swoją osobowością i poczuciem humoru… a wcale nie muzyką :).

Dlatego nie daj sobie wmawiać, że realizacja jakiegoś marzenia jest niemożliwa. Zamieniaj marzenia w konkretne plany… i działaj… nie tylko w Liverpoolu :).

Barbara Popławska

Coach

Jutro?

Coach w kinie

Byłam w kinie na filmie „Jutro będziemy szczęśliwi”.
Wybierzcie się na ten film kiedy chcecie.
Ale szczęśliwi bądźmy już dziś.
Dlaczego?
Bo jutra może nie być.
Realizujmy swoje DZIŚ w zgodzie ze sobą, niektórzy razem, niektórzy osobno, lecz na pewno nie odkładajmy tego na jutro.
Bo jutra może nie być…

Barbara Popławska
coach

Być jak Toni Erdmann*

Coach w kinie

  • nie traktować siebie zbyt poważnie
  • mieć dystans do ludzi i wydarzeń
  • obśmiewać przesadne napuszenie
  • nie dać się zbyć, gdy na czymś naprawdę zależy
  • cieszyć się drobiazgami
  • nie przegapić ważnych sytuacji
  • szanować odrębność innych
  • nie wygłaszać prawd życiowych, ale czasami umieć je wykreować w metaforze
  • być adekwatnie nieadekwatnym
  • mieć odwagę i siłę na przełamanie poczucia obciachu w imię czegoś ważnego
  • umieć wejść w przebraniu do nie swojej bajki
  • znaleźć piosenkę, której słowa okażą się bardziej trafne niż filozoficzna rozmowa

To moja lista, po obejrzeniu filmu „Toni Erdmann” (scenariusz i reżyseria Aren Made).
Można czytać i/lub stosować w różnej kolejności, i w dowolnym wyborze. A można też zrobić swoją listę po tym filmie. Zachęcam…

*Nie interpretuj tego tytułu zbyt dosłownie, bo zazwyczaj oczywiście namawiam do bycia sobą, a przecież inspiracje można czerpać również z filmu.

Barbara Popławska

Coach

Paterson, czyli pochwała codzienności

Coach w kinie

Paterson (Adam Driver) jest kierowcą autobusu i poetą… a może bardziej na odwrót? Jego żona Laura (Golshifteh Farahani) uprawia sztukę wszelaką w kolorze czarno-białym, ale jednocześnie ma wielobarwną radość w swoim podejściu do życia i do ich związku.

Życie Patersona składa się z codziennych rytuałów. Rano jeszcze zaspane czułości z żoną, śniadanie, potem spacer znanymi ulicami do pracy – zajezdni autobusowej, z trzymanym w ręku oldskulowym pudełkiem lanczowym (w środku schowana codziennie inna niespodzianka od żony-artystki). Cały czas układanie w głowie wielokrotnie powtarzanych fraz poetyckich, do zapisania w grubym notesie, przed wyruszeniem miejskim autobusem w codzienną, znaną trasę.

W tym czasie Laura zostaje w domu i maluje… ona też ma swoje światy. A po południu radośnie wita wracającego z pracy męża jakimś nowym pomysłem na kolejne fazy swojej twórczości. Szuka różnych dróg realizacji marzeń. Paterson wysłuchuje tych opowieści ze stoickim spokojem… jak wszystko inne, co robi.

Poetycki kierowca w miejskim autobusie słucha codziennie niecodziennych rozmów pasażerów i z nich też czerpie  inspiracje do swoich wierszy. Jego notes zawiera tajemnice wszystkich, codziennie pisanych po kawałku, tekstów, również tych ze spotkań znad kufla piwa sączonego w ulubionym barze na szlaku wieczornych spacerów z psem.

Laura nieustannie zachwyca się twórczością swojego męża i namawia go do skopiowania notesu, a on ciągle to odkłada, zapominając, że kobieca intuicja… No właśnie… nie spoilerując za bardzo, powiem jedynie, że warto kopiować swoje teksty, szczególnie jeśli z domowego fotela łypie krzywym okiem – lubiąca zbytnio wgryzać się w poezję – mała bestia. Niecodzienne zdarzenie zakłóci codzienne rytuały i wtedy…

No właśnie… gdyby nie ta sytuacja może Paterson nie porozmawiałby z japońskim poetą?

To scena perełka,  jak wiele innych w tym filmie. To jednocześnie końcowa scena, która może być nowym początkiem…

Nie przegapcie najnowszego filmu Jarmuscha „Paterson” i nie przegapcie uroków codzienności, doceniając rytuały i zwyczajne sytuacje.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Azyl w krainie Trolli

Coach w kinie

Tak, poprosiłam o azyl. Dlaczego wybrałam krainę Trolli? Bo tam jest kolorowo, radośnie, wszyscy tańczą, śpiewają (no może poza Mrukiem, który na początku nie tańczy i nie śpiewa), przytulają się (przynajmniej raz na godzinę) o czym przypominają melodyjki w zegarkach, tak w zegarkach, bo Trolle nie mają ani telefonów, ani smartfonów, ani laptopów, ani innych urządzeń mobilnych, za to potrafią ze sobą rozmawiać, spędzać miło czas, opowiadać ciekawe historie, robić przestrzennie kolorowe wycinanki, cieszyć się chwilą. Potrafią doceniać poczucie humoru i szanować swoją indywidualność. Wydobywają z opresji przyjaciół, narażając własne życie. Nie zapominają o swojej trudnej historii sprzed lat (kiedy były więzione przez Bergenów), ale nie uprawiają cierpiętnictwa kosztem swoich bliskich.
Potrafią znaleźć jasną stronę każdej sytuacji, ale czasami posłuchać też smutnego Trolla, którego sarkastyczne stwierdzenia pomagają znaleźć konstruktywne rozwiązania.
A w sytuacji krytycznej ten smutny Troll – Mruk weźmie na siebie cały ciężar uratowania Trolli, bez chowania się za innych i bez dorabiania dziwnych ideologii i ogłaszania demagogicznych manifestów… albo zakazów podawania prawdziwych informacji.
Mruk potrafi naprawdę się zmienić… nabrać wielobarwności, przypomnieć sobie, że jest jasna strona życia i wziąć na siebie odpowiedzialność… oraz przyznać się do miłości. Bo miłość potrafi w życiu wiele odmienić… ale ten Mruk kocha Trollkę… a nie jest zakochany tylko w sobie (z wzajemnością).
A potem Trolle potrafią wspólnie uratować też Bergenów – swoich odwiecznych wrogów – przed nimi samymi i przed ich zaślepieniem, i wciskaniem kłamstw przez sterującą decyzjami króla, nienawidzącą wszystkich… kucharką.

Mój azyl trwał prawie dwie godziny i kosztował tyle, co bilet do kina, bo tam właśnie się wybrałam. Polecam Wam film „Trolle”(reż. M. Mitchell), ale nie dajcie sobie wmówić, że nie jesteście dziećmi.
Aha… i róbmy swoje… wielobarwnie, wielowymiarowo i radośnie, nie dając się pesymizmowi żadnych smutasów, demagogów i mruków, bo niestety nie wszyscy z nich są zdolni do prawdziwej miłości i do dobrej przemiany faktycznej, a nie tylko deklarowanej.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Dwa kilogramy radości

Nastała jesień. Deszcz leje, wiatr szaleje, ciemność zbyt długo panuje, a do tego katar daje się we znaki. W tych doskwierających okolicznościach ktoś nagle dzwoni do drzwi… dwa razy. Otwieram. To kurier z przesyłką. Patrzę skąd. Znak! Wydawnictwo Znak. Jeszcze dostrzegam kątem oka napis: waga 2 kg. Kwituję odbiór elektronicznym rysikiem na małym ekranie, który wie prawie wszystko o tajemniczych przesyłkach i zostaję z tymi dwoma kilogramami.
Rozpakowuję szybko… i już wiadomo, że ani szaruga jesienna, ani nawet bardzo mroźna zima nie będą mi straszne, gdyż trzymam właśnie w rękach 1500 stron (tak, tysiąc pięćset!) radości, refleksji, zabawy językiem i najlepszej jakości humoru… mistrzowskiego humoru.
Dla niektórych jako puenta wystarczy taka informacja: Jeremi Przybora „Dzieła (niemal) wszystkie”.
Cóż więcej trzeba dodawać? No może jeszcze, że to drugi tom, na grzbiecie którego wytłoczone srebrną czcionką dodatkowe zachęty: Divertimento, Teatr nieduży, Uwiedziony, Opowiadania, Autoportret z piosenką, Teksty rozproszone, Piosenki wysupłane.
Można rzec, że to wiele książek w jednej, stąd ta objętość i ciężar, nie tylko gatunkowy.
Zawsze, kiedy biorę nową książkę do ręki najpierw otwieram ją na przypadkowej stronie. Tym razem też tak zrobiłam… i cóż zobaczyłam? Niespodziewany koniec lata/ od ust mi odjął wiśnie… Czy jeszcze w ustach smak ich ma pan? Czy ja się panu przyśnię?… Ech, panie Jeremi… skąd wiedziałeś gdzie mam otworzyć? Na szczęście dostałam niedawno domowe powidła wiśniowe z imbirem, więc chyba dam radę.
Postanowiłam tę zabawę w przypadkowe otwieranie kontynuować… i co tym razem przeczytałam? Już poczekalnia pusta/ pacjentów nie ma więcej / Mógłbym powierzyć usta / beztroskiej mej piosence / i odejść jak outsider / zapaść spokojnie w sen by / tę odczuwalną frajdę / że mnie nie bolą zęby! / Ząb – zupa – ząb / dąb – zupa – ząb / że mnie nie bolą zęby!… Taaak, byłam niedawno u dentysty, naprawdę! Powierzyłam również swoje usta beztroskiej i mniej beztroskiej piosence na koncercie… nie u dentysty jednak.
No to jeszcze raz otwieram na przypadkowej stronie i… no nie! Tym razem nie zacytuję, bo chyba nie uwierzycie, jak te teksty mocno i humorystycznie wchodzą w moje życie… (zapewne nie tylko w moje, ale miło pomyśleć przez chwilę, że jest się adresatem niektórych).
Pierwsze trzy otwarcia w punkt! Przypadek? Może… a może nie?
Od razu się przyznam, że radość celebrowania kolejnych odkryć zostawiam sobie na długie jesienne i zimowe wieczory oraz na improwizacyjno-literackie warsztaty, które prowadzę w doborowym towarzystwie. A już wiem, po przejrzeniu spisu treści oraz indeksu, że jest tu sporo tekstów-niespodzianek, których nie znałam, tym większa moja radość i specjalne podziękowania dla Teresy Drozdy, redaktorki z pasją detektywa literackiego, która wyszukiwała te mniej znane, jak również zupełnie nieznane wybornie przyborne smaki literackie.
Aha widzę jeszcze w książce rysunki, które są dodatkowymi smaczkami, a jeśli dodam, że zrobili je: Marek Raczkowski, Piotr Socha i Marcin Wicha, to chyba już nic nie muszę dodawać.
No może jedynie to, że gdybyście jeszcze nie wiedzieliście jaki prezent sprawić sobie w najbliższym czasie… Nawet jeśli wam się wydaje, że sporo tekstów Jeremiego Przybory znacie, a tym bardziej, jeśli znacie ich niewiele. A dla osób, które lubią czytać w pociągu, samolocie, autobusie, tramwaju czy metrze jest dobra wiadomość: nie muszą dźwigać tych dwóch kilogramów w torbie, czy plecaku, bo jest też dostępny e-book.
Taki przybornik inteligentnego humoru na te niewesołe czasy.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl