B jak banał

Przychodzi kobieta z córką do lekarza. Dziewczynka cierpi na wytrzeszcz oczu. Matka mówi, że robiła już wszystkie możliwe badania – na NFZ i prywatnie, prześwietlenia, poziom hormonów, USG itp., ale żaden specjalista nie był w stanie pomóc. Lekarz popatrzył na dziewczynkę, rozpiął ciasno zapięty pod jej szyją guzik i powiedział: „Teraz będzie lepiej”. Czasem wizyta u psychologa czy psychoterapeuty może przybrać taki właśnie obrót. Pacjenci przychodzą, spodziewając się wyszukanych technik, sięgania w przeszłość, niemal magicznych sposobów na poradzenie sobie z emocjami, a może okazać się, że wystarczy tylko zastosować kilka prostych zasad, o których na co dzień zapominamy albo do których nie starczyło nam wytrwałości. To właśnie te tytułowe banały, które w jakiś sposób uciekają nam sprzed oczu.
Czym, jeśli nie banałem, są zasady Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach (TSR):
„Jeśli coś działa, rób tego więcej.
Jeśli coś nie działa, rób coś innego.
Jeśli coś się nie zepsuło, nie naprawiaj.
Nie komplikuj. Życie jest naprawdę proste.”
Nawet ci, którzy nie pracują stricte w tym podejściu, zwykle nie zaczynają od szukania rozwiązań zbyt głęboko. Czasem wspólnie z klientem warto przyjrzeć się, czy nie zapomniał on o którejś z zasad sformułowanych przez TSR – zwłaszcza o dwóch pierwszych. Ile razy zdarzyło się po podjęciu działań, po których w naszym życiu zaczynają zachodzić zmiany, tych działań poniechać? A potem powiedzieć: przecież próbowałem i się nie udało…
Bywa, że przestajemy dostrzegać oczywistości, w których wyrośliśmy – stosujemy się do nich, stały się integralną częścią naszego postępowania. Ale przecież nie wszyscy wiedzą to samo, są tacy, którzy jeszcze z jakimiś informacjami (dla nas być może banalnymi) nie mieli okazji się zetknąć. Czasem zdarzyć się może, że to, co jest oczywiste dla jednych, dla innych może być odkryciem na miarę wynalezienia koła. Nie zapomnę rozmowy z pewnym ojcem, który zadał zupełnie szczerze pytanie: To jak inaczej wychowywać dzieci, jeśli nie biciem? Jak sprawić, żeby były posłuszne? Założenie, że każdy będzie wiedział wszystko na temat rozmawiania o uczuciach, sposobów motywowania dzieci, asertywności czy sposobów radzenia sobie ze stresem, jest z góry fałszywe i donikąd nas nie zaprowadzi. Bywa zresztą, tak na marginesie, że o pewnych oczywistościach zapominamy nawet będąc specjalistami. Dlatego czasem warto uczestniczyć nie tylko w szkoleniach, na których dowiadujemy się samych nowości – przydaje się uaktualnianie swojej wiedzy również w zagadnieniach, które z pozoru są nam dobrze znane.
Paolo Coelho jest nazywany ikoną banału literackiego. Sentencje tego pisarza królują na fejsbukowych grafikach. Przez wielu jednak jest krytykowany za płytkość przemyśleń. Ale jego wiernym czytelnikom nie chodzi o intelektualny zachwyt związany z odkryciem dotychczas nieznanych obszarów. Bywa, że jego fani ucieszą się, że wcześniej sami zauważyli to samo, co powiedział znany pisarz. Pewnie czytelnicy Coelho doceniają w jego książkach, że dzięki nim przypominają sobie o jakiejś oczywistości tak oczywistej, że aż przestali ją dostrzegać. Zupełnie, jak szafkę w przedpokoju. Zauważymy ją, kiedy ktoś nam powie, jaka jest ładna albo brzydka (albo gdy spontanicznie wymyślimy dla niej nowe imię, zmierzając o drugiej w nocy do toalety). Na co dzień szafka po prostu jest.
Inne banalne prawdy to memy na FB. Dla wielu odbiorców stały się mądrościami w pigułce. Codziennie przewijamy ich dziesiątki, jeśli nie setki. Czasem udostępnimy, czasem damy lajka – i szybko zapominamy. A gdyby tak postanowić sobie, że nad przynajmniej jednym zastanowimy się chwilę i pomyślimy, czy nie warto wprowadzić go w życie? Jedna z najpopularniejszych grafik zawiera tekst: „tęsknisz – zadzwoń, chcesz się spotkać – zaproś, chcesz być zrozumiany – wyjaśnij, chcesz zrozumieć – pytaj, kochasz – powiedz to”. Banał? Najbanalniejszy z możliwych. A jednocześnie ile razy zachowujemy się tak, jakbyśmy pisali melodramat swoim życiem i zamiast komuś coś wyjaśnić – milczymy, zamiast spotkać się z kimś, za kim tęsknimy – udajemy, że jest nam zupełnie obojętny, zamiast pytać, bo zupełnie się pogubiliśmy – udajemy, że wszystko wiemy.
To taki banalny temat: emocje. Zapominamy o tym, że kiedy jest się w związku, należy je okazywać. Relacja powszednieje, wydaje się, że wszystko już było, że każde słowo padło, że drugą osobę zna się na wylot. Taka sytuacja to zaproszenie do oddalania się. Nie mówimy, jak czujemy się w konkretnej sytuacji, nie pytamy partnera, zamiast tego karzemy go milczeniem albo chcemy, żeby się domyślił. Zdarza się, że związek tworzą osoby, które od początku nie chcą mówić o emocjach (częściej są to mężczyźni, ale nie można powiedzieć, że to wyłącznie męska specjalność). Sam wiele razy słyszałem z ust klientów: „nie jestem kobietą, nie będę mówił, jak się czuję”, albo jeszcze ostrzej „nie jestem gejem”. W rezultacie klient nie wprowadzał zmian w swojej relacji i oczekiwał, że coś się zmieni. Takie zachowanie obserwatorowi z zewnątrz przypominałoby wielokrotne próby wyjścia przez ścianę, mimo że w pokoju są otwarte drzwi.
Mam osobisty ranking banałów, które wykorzystujemy z klientami w trakcie spotkań. Wymienię dwa: „Przeszłość już była” i „Nie ma emocji dobrych i złych – emocje po prostu są”. Wiele z nieszczęść, z którymi ludzie zmagają się na co dzień, to nieszczęścia dawno minione. Ktoś nam kiedyś wyrządził przykrość, my kogoś skrzywdziliśmy, coś nam się nie udało… To przeszłość, ale rozpamiętujemy ją jak coś, co dzieje się obecnie. Podobnie zresztą bywa z lękiem przed tym, co może się wydarzyć. Jeśli nie zaakceptujemy, że życie rozgrywa się tu i teraz, możemy znaleźć się w pułapce – intensywne myślenie sprawi, że zaczniemy traktować możliwość jak przeznaczenie, zaś przeszłość jak rozgrywającą się na żywo teraźniejszość.
Drugi z wyżej wspomnianych banałów dla niektórych bywa odkryciem. Wielu z nas uważa, że odczuwając złość, popełniamy zły uczynek, za który należy się kara. Że kiedy jest nam smutno – powinniśmy wziąć tabletkę na poprawę nastroju. Że kiedy ktoś wzbudza w nas niechęć – krzywdzimy tę osobę naszym stanem emocjonalnym. Tymczasem prawda jest taka, że wszystkie te emocje są tak samo potrzebne, sygnalizują, że powinniśmy coś zrobić. A co – to już zupełnie inna kwestia. Przecież za uczuciem złości nie musi pójść wybuch agresji – możemy potraktować ją jako sygnał, że ktoś narusza nasze granice i trzeba popracować wspólnie nad relacją, aby się to nie powtarzało. Smutek to nie choroba, tylko prawdziwe, ludzkie uczucie sygnalizujące nam, że trzeba się o siebie zatroszczyć. Wydaje nam się, że dobre emocje to tylko te przyjemne – ale potrzebne są wszystkie. Doskonałą ilustracją tej zasady jest animacja nie tylko dla dzieci „W głowie się nie mieści”. Nieprzypadkowo plakat z tego filmu wisi w jednym z gabinetów w mojej poradni.
Gdzie jeszcze oczywiste prawdy pomagają w osiągnięciu równowagi? Osoby zaangażowane w ruch Anonimowych Alkoholików znają i stosują zasadę HALT. To akronim utworzony z pierwszych liter kilku (banalnych!) zasad, pozwalających uniknąć nawrotu w uzależnieniu: hungry (głodny), angry (rozzłoszczony), lonely (samotny), tired (zmęczony). Bycie uważnym na takie stany emocjonalne bądź fizjologiczne i zapobieganie im jest pomocne w zachowaniu trzeźwości. Ale zasadę HALT możemy stosować na co dzień, nie tylko zmagając się z uzależnieniami, ale po prostu pragnąc dobrze i stabilnie funkcjonować w relacjach ze sobą i z innymi a nawet unikać popełniania błędów w rozmaitych aktywnościach.
Zdarza się, że u psychoterapeuty pojawia się ktoś, kto cierpi na różne zaburzenia, przeszedł przez wiele gabinetów lekarskich i terapeutycznych, a w rezultacie okazuje się, że jednymi z najważniejszych powodów jego stanu są: bardzo nieregularny tryb życia, mało snu, niezdrowa dieta, brak aktywności. Roger Baker w książce „Strach i paniczny lęk” opowiadał o kliencie, który obawiał się, że umrze na zawał serca. Dzięki zaleceniu od terapeuty klient ten odkrył, że bóle w klatce piersiowej i kołatanie serca pojawiają się po ciężkostrawnych posiłkach albo 20 minut po wypiciu kawy. To, co wygląda na tajemnicze zaburzenie nastroju, może być konsekwencją zakłóceń w funkcjonowaniu organizmu (np. tarczycy).
Coraz większą popularnością cieszy się mindfulness – czyli podejście do życia polegające na uważnym przeżywaniu każdej chwili, nazywane też zachodnią medytacją (bo to tak naprawdę zaadaptowana do świata zachodniego buddyjska filozofia życia i wywodzące się z niej techniki). W wielu nurtach psychoterapeutycznych znajdziemy podobne założenia, sprowadzające się w gruncie rzeczy do stwierdzenia, że najważniejsze jest tu i teraz, że tylko na to mamy największy wpływ, że świadome przeżywanie obecnej chwili jest najlepszą drogą do znalezienia życiowej harmonii. Brzmi jak wspomniany wcześniej banał: „przeszłość już była”?
Należy jednak nadmienić, że są banały, które niezbyt sprawdzają się w psychoterapii czy nawet wspieraniu przyjaciół znajdujących się w kryzysie. Większość z nas nie chciałaby usłyszeć „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” po stracie bliskiej osoby. Słynne „weź się w garść” może być pomocne, jeśli ktoś dojrzał do tego, żeby powiedzieć je samemu sobie (bo np. poczuje się zmęczony zbyt długim rozpamiętywaniem przeszłości i uzna, że już nadszedł czas działania). Te same słowa z ust czy to terapeuty, czy przyjaciela, w najlepszym wypadku odbiorca mógłby zbyć wzruszeniem ramion, w gorszym – skutkowałyby dalszym obniżeniem nastroju i większym żalem a nawet poczuciem winy. „Czas leczy rany” – to najprawdziwsza prawda, ale pomoże tylko wtedy, gdy będziemy gotowi w to uwierzyć.
Jest wiele banałów – powiedzeń, które chętnie powtarzamy: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, „Kto nie pracuje, ten nie je”, „Spiesz się powoli”, „Nie wszystko złoto, co się świeci”, „Nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi”… Każde z nich niesie za sobą treści ważne, a jednak zwykle nie poświęcamy im dostatecznej uwagi. Oczywiście nie zamierzam nikogo przekonywać, że nie ma sensu odkrywanie nowych prawd i że wystarczy, jeśli będziemy korzystać tylko z oklepanych mądrości. Warto jednak pamiętać o banałach. Jeśli o nich zapominamy, to tak, jakbyśmy szli wciąż zadzierając głowę do góry i patrząc w odległe gwiazdy. Są zachwycające, owszem, ale patrząc w niebo, nie mamy szansy zauważyć, że rozdeptujemy dywan może niepozornych, ale kolorowych kwiatów.

Tekst pochodzi z bloga: Szukamterapeuty.pl

Jacek Gientka

Psychoterapeuta

Ucieczka od prawdy

„Piję i mam dobre wyniki badań”, „dziadek pił i dożył sędziwego wieku”, „lekarze zalecają”, „każdy facet pije”, „każdy dobry fachowiec musi pić”, „kto nie pije, ten kapuje” – to tylko kilka z wielu zdań, które można usłyszeć od człowieka, któremu zwrócono uwagę, że być może powinien ograniczyć ilość procentów w swoim menu. Czasem to tylko mniej lub bardziej zręczne grepsy, czasem kryje się za nimi chęć uniknięcia konfrontacji z własnym problemem alkoholowym.

Ponieważ rozsądek w naszej cywilizacji zdaje się mieć większą wartość niż fantazjowanie, zwykle uważamy się za racjonalnych. Nawet czytając horoskopy, zastrzegamy, że robimy to dla zabawy. Uważamy, że tylko dzieci wierzą w bajki i magię. A jednak myślenie magiczno-życzeniowe, oparte na zniekształcaniu rzeczywistości jest typowe dla wszystkich. Nie spędza nam na przykład zwykle snu z powiek wizja nieszczęścia albo śmiertelnej choroby kogoś bliskiego. W pewnym sensie przez sporą część życia uważamy się niemal za niezniszczalnych i trwamy w przekonaniu, że to inni ciężko chorują i umierają. Dzięki takiemu myśleniu nie zamartwiamy się bez powodu i normalnie funkcjonujemy. Innymi słowy – pozwala nam to z optymizmem patrzeć w przyszłość.
Każdy człowiek źle się czuje, gdy konfrontuje się ze świadomością, że zrobił coś nieodpowiedzialnego, niemądrego. Dyskomfort taki nazywa się dysonansem poznawczym. Odczuwamy go w wielu sytuacjach, chociaż tak naprawdę na co dzień nie zdajemy sobie z niego sprawy. Pojawia się np., gdy decydujemy się na kupno samochodu i wybieramy konkretny model, odrzucając inne opcje. Często w takiej sytuacji przestajemy analizować zalety odrzuconego samochodu, skupiając się na dobrych stronach auta, które kupiliśmy. Dzięki temu radzimy sobie z potencjalnie złym samopoczuciem, jakie mogłoby się pojawić po odkryciu, że postąpiliśmy niezbyt mądrze kupując wóz, na który nas nie stać.
O ile nienadużywane mechanizmy obronne u większości ludzi służą zachowaniu dobrego samopoczucia a może i dobrego zdrowia psychicznego, o tyle osoby uzależnione wykorzystują je w celu usprawiedliwienia swojego nałogu. Dzięki temu mogą dalej w nim tkwić i unikać przykrych konsekwencji przyznania, że działają na szkodę swoją i swoich najbliższych. Uzależnieni oczywiście przeważnie nie zdają sobie sprawy z mechanizmów, które stosują. Mało tego: zdecydowanie zaprzeczają, jakoby było to samooszukiwanie siebie, podając wiele, w ich przekonaniu racjonalnych, argumentów. Bywa, że przez dłuższy czas udaje im się okłamywać nie tylko siebie, ale też członków rodziny, którzy przyjmują takie tłumaczenia za dobrą monetę.
Sposób, w jaki uzależnieni bronią się przed przyznaniem się do nałogu, nazywa się mechanizmem iluzji i zaprzeczania. To jeden z trzech mechanizmów pojawiających się przy uzależnieniu i utrudniających wyjście z niego. Pozostałe to: nałogowe regulowania emocji i mechanizm rozpraszania i rozdwajania Ja.
Osoba uzależniona często zaprzecza, że straciła kontrolę nad alkoholem. Może to robić wprost, nie przyznając się, że pije. Czasem, przyciśnięta do muru, stwierdzi, że wypiła „kieliszeczek, góra dwa”. Powszechne jest przekonywanie: „nie piję alkoholu, tylko piwo”. Może też udowadniać, że nie pije wcale więcej niż inni. W kontakcie ze specjalistą pyta: „a pan to nie pije?”. Wszystko jedno, jaka padłaby odpowiedź, osoba uzależniona jest w stanie przerobić ją tak, żeby wyjść z niej – w swoim odczuciu – zwycięsko. Jeśli terapeuta przyznałby, że nie jest abstynentem, to znaczy, że picie jest normą, więc nie ma się o co czepiać, jeśli nie pije – to się nie zna na życiu i nie warto brać pod uwagę jego słów. Dzięki takiemu zabiegowi poprzez zmianę tematu alkoholik próbuje też odwrócić uwagę od swojego problemu, co jest innym, typowym zabiegiem związanym z mechanizmem iluzji i zaprzeczania.
Uzależnieni często przekonują, że piją „przez kogoś”. Powody są różne: kłopoty z dziećmi, żona nie rozumie, mąż przestał się interesować. Kiedyś pili, bo komuna, teraz piją, bo kapitalizm. Na forum internetowym pojawiło się pytanie-uzasadnienie: „jak nie pić za tych rządów?”. Obarczając innych odpowiedzialnością, jednocześnie zdejmują ją z siebie i znajdują uzasadnienie dla dalszego picia. Pijący zdają się w ten sposób odrzucać możliwość, że każdy dorosły człowiek odpowiada za swoje czyny i powinien ponosić ich konsekwencje.
Nierealistyczna wizja świata alkoholika przejawia się też w jego przekonaniu na temat możliwości zaprzestania picia. Unika udania się na terapię twierdząc, że sam sobie z tym poradzi, po prostu musi tylko nie pić. Podjęcie terapii byłoby równoznaczne z przyznaniem, że jest słaby i uzależniony.
Częstym zabiegiem stosowanym przez osoby z problemem alkoholowym jest racjonalizowanie. Nie piją dlatego, że muszą – piją, bo jak tu odmówić koledze, który ma imieniny, bo boli głowa albo ząb, bo alkohol jest dobry na serce albo działa rozluźniająco, dzięki czemu przestaje boleć kręgosłup. Jednym z częściej powtarzanych i wykorzystywanych jako wymówka argumentów jest przywoływanie słynnych alkoholików – aktorów, pisarzy, polityków. Tymczasem stali się oni sławni nie z powodu nadużywania alkoholu, a raczej ich problem alkoholowy był konsekwencją sławy oraz nadmiernej wrażliwości emocjonalnej połączonej z brakiem umiejętności konstruktywnego radzenia sobie z trudnościami życiowymi.
Czasem można odnieść wrażenie, że alkoholik wie wszystko na temat nałogu. Zna mechanizmy, wie, co trzeba, a czego nie wolno robić, kiedy ma się problem alkoholowy. A mimo to zupełnie nie stosuje posiadanej wiedzy do swojego życia. Intelektualizowanie na temat abstrakcyjnych mechanizmów pomaga mu zachować dystans do swojego problemu. Konfrontowany z konsekwencjami swoich czynów popełnionych pod wpływem alkoholu bagatelizuje je, zwracając uwagę np. na atmosferę, jaka była podczas imprezy. Zniekształca swoje wspomnienia koloryzując je. Stąd biorą się wszystkie „kombatanckie” opowieści o niesamowitych popijawach z rekordowymi ilościami alkoholu i super zabawą do białego rana, niezawierające jednak prawdy o rodzinie, która przez takie balangi do końca miesiąca pozostaje bez środków do życia.
W internecie opublikowano wiele tekstów dotyczących konsekwencji picia alkoholu. Pod wieloma z nich znajdują się komentarze czytelników, mogące świadczyć o tym, że próbują oni poradzić sobie z dysonansem wywołanym przez treść artykułu. Prawdopodobnie pod tym tekstem będzie podobnie. Ale oczywiście nie każdy, kto twierdzi, że „pije, bo lubi”, „lekarz mu przepisał” czy „pijąc zwiększa dochód państwa z akcyzy” to alkoholik. Jednak zdania takie są gotowymi usprawiedliwieniami dla tych, którzy są uzależnieni, pozwalając w prosty – i szkodliwy zarazem – sposób poradzić sobie ze świadomością szkód, jakie nałóg wywołuje w ich życiu. Często dopiero pomoc fachowców albo grup samopomocowych pozwala odkryć, jaka prawda ukrywa się za takimi wymówkami.

Tekst ukazał się w 2013 r. na wp.pl

Jacek Gientka

Psychoterapeuta

O tęsknocie

Dziś dwa spojrzenia na ten sam temat: damskie i męskie. Dwugłos czasem jednobrzmiący. Jeden tekst autorstwa Barbary Popławskiej, coacha, drugi – Jacka Gientki, psychoterapeuty.

tesknota

Źródło: Barbara Popławska, Marketing Miłości w 44 wariacjach, wyd. Cartaliapress

Barbara Popławska

Coach

TĘSKNIĆ

Tęsknić. Do świtu rozmyślać w pustym łóżku, że tak niewiele brakowało, żeby obok leżała ona, żeby w pokoju obok przy komputerze siedział on. Marzyć o czymś, co było, o czymś, co mogło być, ale jakoś się nie złożyło. Na każdym kroku wspominać: tu byliśmy na pierwszym spacerze, tu pocałował mnie pierwszy raz, tu nauczyciel od fizyki widział, jak szliśmy za ręce, tego dnia do mnie podszedł i zapytał, jak mam na imię, w te wakacje byliśmy wspólnie na wczasach, taką sukienkę miała, gdy widziałem ją po raz ostatni… Tęsknić. Żałować, że się nie udało, że się skończyło, że minęło. Pielęgnować porażkę.

Tęsknić. Wspominać to, co było. Wyświetlać obrazy przeszłości na ekranie dnia dzisiejszego. Porównywać, gdzie byliśmy wczoraj, gdzie jesteśmy dzisiaj. Przypominać sobie bezpieczne miejsca, ciepłe uczucia, piękne obrazy. Czerpać energię z przeszłości – bo skoro kiedyś się udało, uda się jeszcze nie raz. Minione przeżycia traktować jak źródło doświadczeń, na których da się zbudować spójne kontinuum: wczoraj-dziś-jutro. Tych, którzy odeszli na zawsze, wspominać ciepło, realizując ich nienapisany testament miłości, wsparcia, sympatii, dobroci, czując wdzięczność za to, co pozostawili. Pamiętać, że celem nie może być to, co było, tylko to, co jest albo będzie.

Tęsknota. Zamknięcie się w kokonie fałszywych, wyidealizowanych wspomnień, ucieczka przed teraźniejszością, przed koniecznością wprowadzenia zmian w swoim życiu. Zamrożenie.

Tęsknota. Nostalgia, chwilowy smutek. Przerwa w beztrosce, potrzebna jak obłok na bezchmurnym niebie. Refleksja.

Jak wolisz tęsknić?

Jacek Gientka,

Psychoterapeuta

Zmiany

Nazwa naszej poradni to „W stronę zmiany”. W stronę – wszystko jedno, czy w lewo, czy w prawo, czy w przód, czy w tył. Powiem więcej – w stronę zmiany można zmierzać paradoksalnie nawet zostając w miejscu (o czym za chwilę). Zmiana jest możliwa zawsze, nawet, jeśli wydaje się, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia.
Z czym kojarzy się zmiana (skojarzenia polityczne, wszystko jedno, czy polskie, czy amerykańskie, zostawmy na boku)? Z rewolucją, nowym porządkiem, stresem, niepewnością, oczekiwaniem, podekscytowaniem… Część z tych skojarzeń wywołuje lęk, część jednak sprawia, że aż chce się poderwać z fotela, żeby wreszcie zacząć zmieniać to, co nam się znudziło, co uwiera jak kamyk w bucie. To, co u jednych wywołuje lęk, innych motywuje do działania.
Niespokojne duchy, ze zdiagnozowanym lub niezdiagnozowanym ADHD, nie wyobrażają sobie życia w miejscu. Dla nich zmiana jest czymś nieodzownym. Nie wytrzymają w jednej pracy dłużej niż kilka lat, a i to tylko pod warunkiem, że praca jest ciekawa i związana ze szkoleniami, podróżami, poznawaniem nowych ludzi. Po wyjściu z pracy biegają, tańczą, imprezują, tylko z rozsądku chodzą spać (nad ranem). Na drugim biegunie są ci, którzy do emerytury pracują w jednym miejscu, codziennie wykonują te same czynności, o 18.30 zaczynają oglądać telewizję, o 22.00 idą spać, w sobotę i niedzielę też wykonują powtarzalne rytuały. Jak to w życiu bywa, występują też typy (przepraszam za słowo) pośrednie, które czasem lubią spokój, a czasem wolą, gdy dużo się dzieje.
Zmiana – coś, co widać. Koleżanki mówią: „jakoś inaczej dziś wyglądasz”, koledzy w pracy podziwiają, że porzuciliśmy etat i hodujemy tresowane muflony w Górach Izerskich, syn zazdrości nowego tatuażu, rodzice są dumni, że ich maluszek właśnie skończył studia. Ale przecież zmiana nie zawsze jest tak spektakularna, wcale nie musi być widoczna od razu. Zmiana może polegać na tym, że zaakceptujemy coś, co do tej pory wywoływało bunt. Bywa, że ten bunt polegał na braku zgody na coś, czego uniknąć się nie da, a energię można było wykorzystać na inne działania (znacie sentencję Marka Aureliusza „Nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi”?). Oczywiście nie zachęcam do tego, żeby wszystko przyjmować z pokorą, ale może czasem to jest najwłaściwsze? To jest właśnie ta wspomniana na początku sytuacja, kiedy zmiana może polegać na pozostaniu w miejscu, a to, co się odmieni, może być niewidoczne dla otoczenia, bo nastąpiło w środku, w nastawieniu, przekonaniach, planach.
Lubicie kryzysy? Same w sobie nie należą do życiowych przyjemności. Wiąże się z nimi moc nieprzyjemnych uczuć – większość kryzysów to podróż w nieznane. Nikt nie zagwarantuje, że „po” będzie lepiej niż „przed”. Ale każdy kryzys to jednak okazja do zmiany. Jeśli panicznie balibyśmy się kryzysów, to tkwilibyśmy wciąż w strefie komfortu. Co to takiego ta strefa komfortu? Brzmi bardzo przyjemnie, luksusowo, wręcz ciepło. Jednak jeśli to jest ciepło, to raczej takie, jak w niewietrzonym pokoju. Komfortem jest dla młodego człowieka mieszkać z rodzicami, dla sprzedawcy korzystać wciąż z tego samego dostawcy, a dla osoby doznającej przemocy – mieszkać ze sprawcą. Znacie prawdę, że jeśli nie zmienimy nic, to nic się nie zmieni? Tymczasem wiele osób wybiera brak zmian, tkwienie w tej strefie komfortu, która komfortowa jest tylko z nazwy. Czemu? Bo młody człowiek musiałby zacząć sam płacić rachunki i odkryć, że naczynia się same przez noc nie zmyją, bo przedsiębiorca musiałby odbyć trudną rozmowę z dotychczasowym hurtownikiem, bo osoba doznająca przemocy musiałaby zmierzyć się z tym, „co ludzie powiedzą”. To oczywiście tylko przykłady wizji, którymi straszą się ludzie w takich sytuacjach – jesteśmy bardzo twórczy w szukaniu uzasadnień do pozostawania w miejscu.
W Poradni Psychologicznej „W stronę zmiany” zmiany – oprócz podekscytowania, mobilizacji, nadziei – też wywołują dyskomfort, niepokój, obawy. Ale nazwa zobowiązuje – wiemy, że zmiany są potrzebne. Dlatego przenosimy się do nowego, lepszego miejsca. Zapraszamy na ul. Wilczą 33 m. 12 (róg ul. Marszałkowskiej).

Jacek Gientka

Psychoterapeuta

Spokojnych Świąt!

Tym, co stracili, żeby nie zapomnieli, że istnieje jutro,

Tym, co boją się, że stracą, żeby zachowali nadzieję.

Tym, co z dala od domu, żeby czasem zatęsknili,

Dawne urazy zamieniając w mądre doświadczenia.

Tym, co kochają, żeby wciąż kochali,

A jeśli bez wzajemności, niech ich to nie niszczy.

Szukającym pracy – cierpliwej rozwagi,

Zaś przepracowanym – spokojnych wieczorów.

Wesołych Świąt

O miłym facecie

(Na podstawie „No More Mr. Nice Guy” Roberta Glovera)

Znajdziecie zapewne takich mężczyzn w swoim otoczeniu: są grzeczni, uczynni, spokojni, troskliwi. Spodobaliby się przyszłej teściowej – to mężowie idealni. Ale z jakiegoś powodu ich życie nie jest tak doskonałe, jak byście się spodziewali. O syndromie Miłego Faceta, na podstawie własnej praktyki terapeutycznej, pisze amerykański psychoterapeuta, Robert Glover, w książce „No More Mr. Nice Guy”. Co widać u takich mężczyzn na pierwszy rzut oka?

Mili Faceci dużo dają z siebie innym. Mówią, że sprawia im to radość, uważają też, że dzięki takiemu zachowaniu będą bardziej lubiani i doceniani. Bardzo zależy im na byciu akceptowanym przez otoczenie. Szczególnie wyraźnie można to dostrzec w relacjach Miłych Facetów z kobietami. Troszczą się o innych, pomagają nawet wtedy, gdy nikt ich o to nie prosi. Wystarczy, że widzą w swoim otoczeniu kogoś, kto ma problem, jest smutny, zły, nieszczęśliwy – i już działają. Znowu – zwłaszcza, jeśli tym kimś jest kobieta.

Nie lubią konfliktów, unikają ich jak ognia. Dlatego nie mówią przykrych rzeczy ludziom ze swojego otoczenia, są bardzo ulegli, nawet za cenę rezygnacji z własnego stanowiska. Ukrywają też przed innymi swoje wady. Obawiają się, że jeśli ktoś zobaczy te niedociągnięcia w ich nieskazitelnym wizerunku, będzie się śmiać albo co gorsza odejdzie. Marzeniem Miłych Facetów jest znalezienie sposobu na szczęśliwe i bezproblemowe życie. Jeśli tylko by go odkryli, udałoby się uniknąć wszystkich przykrych rzeczy, które przytrafiają się w relacjach z ludźmi – oceny, odrzucenia, bycia nielubianym.

Inną cechą charakteryzującą Miłych Facetów jest ukrywanie własnych uczuć. Lepiej czują się wtedy, kiedy analizują, niż kiedy czują. Zwykle uczucia będą uważać za stratę czasu i energii. Kiedyś prawdopodobnie podjęli decyzję, że będą zupełnie różni od swoich ojców (którzy często byli nieobecni, wycofani, mieli problem z alkoholem) i za wszelką cenę starają się ten cel zrealizować. Mają mało męskich przyjaciół, zależy im raczej na akceptacji ze strony kobiet i to z nimi spędzają najwięcej czasu. Za wszelką cenę chcą przekonać je, że nie są źli, samolubni, że „nie są jak inni mężczyźni”. Potrzeby innych stawiają na pierwszym miejscu uważając, że złym egoizmem jest dbanie o realizację własnych pragnień. W centrum świata Miłego Faceta bardzo często znajduje się partnerka, więc robi wszystko, żeby ją uszczęśliwić.

A oto, co kryje się za tą dość sympatyczną, choć trochę nieszczęśliwą, fasadą Miłego Faceta. Według Roberta Glovera tytułowy Mr. Nice Guy prezentując się innym w masce, którą chcą widzieć, a nie pokazując swojej prawdziwej twarzy, jest po prostu nieuczciwy. Ukrywa swoje błędy, chowa swoje prawdziwe uczucia, mówi tylko to, co inni chcą usłyszeć. Jest skryty, bo dzięki temu udaje mu się ukryć wszystko to, co może sprawić, że inni będą niezadowoleni. W większym stopniu niż inni jest wyćwiczony łączeniu ze sobą sprzecznych informacji na własny temat. Racjonalizując potrafi np. powiedzieć, że nie zdradził żony, bo przecież nie doszło do pełnego stosunku.

Ponieważ Mili Faceci nie potrafią w jasny i bezpośredni sposób poprosić o coś, na czym im zależy, więc uciekają się do manipulowania innymi. Z racji tego, że chcą, żeby świat wokół był idealny, kontrolują wszystko i wszystkich, żeby ten swój ideał osiągnąć. Niby dają od siebie dużo, ale liczą, że dostaną coś w zamian. Może to być chociażby zmiana czyjegoś nastawienia względem nich. Jeśli nie dostają, czują się sfrustrowani, chociaż często nie potrafią się do tego przyznać. Wyglądają na spokojnych, a jednak zachowują się bierno-agresywnie: zamiast otwartej wrogości potrafią spóźniać się na spotkania, zapominać o czymś, powtarzać te same, irytujące drugą osobę zachowania, za każdym razem obiecując poprawę.

Tak, w Miłym Facecie jest mnóstwo gniewu. Choć twierdzi, że nigdy się nie złości, w środku aż kipi od niewyrażonych nieprzyjemnych emocji. I, jak to z tak tłumioną złością bywa, czasem wybucha ona w najmniej oczekiwanym momencie w zupełnie niekontrolowany sposób. Ponieważ Miły Facet tłumi emocje, może wpaść w nałogi, za pomocą których szybko, jednak jedynie na krótką metę, rozładowuje swoje napięcia. Według obserwacji autora jednym z najczęstszych sposobów radzenia sobie przez Miłych Facetów z emocjami są seksualne kompulsje. Ogólnie rzecz biorąc mają problemy ze swoją seksualnością i choć podkreślają znaczenie tej sfery życia, są z niej niezadowoleni.

Mili Faceci mają trudność w stawianiu granic. Ponieważ mają trudność z odmawianiem, czują się ofiarami i potrafią obarczyć drugą osobę winą za pojawiające się w związku z tym problemy. Z jednej strony chcą być lubiani, a nawet kochani, a z drugiej – izolują się i ukrywają do tego stopnia, że nie tylko nie pozwalają się do siebie zbliżyć, ale wręcz odpychają od siebie. Często pomagają innym – wygląda to tak, jakby przyciągali ludzi, którym mogą pomóc. W rezultacie zamiast żyć swoim życiem, zajmują się rozwiązywaniem problemów innych. Jak już było wcześniej wspomniane, ci inni wcale nie muszą prosić o pomoc. Bliskie relacje są dla nich najważniejsze, jednak dostarczają też wielu frustracji. Ponieważ boją się konfliktu, unikają takich rozwiązań, które są konieczne, najskuteczniejsze, ale mogłyby wiązać się z konfrontacją i narażeniem na niezadowolenie drugiej osoby. Zdarza się, że relacje z innymi traktują jak projekty, w realizację których angażują całą swoją energię. Chcą wyprowadzić drugą osobę na prostą. Doświadczają frustracji, kiedy ta osoba nie rozwija się „tak, jak powinna”.

Najczęściej są inteligentni, utalentowani, odnoszą względne sukcesy. Robert Glover pisze jednak, że z powodu schematów, w których tkwią, zwykle nie realizują w pełni swojego potencjału.

Co proponuje autor jako sposób na poradzenie sobie z własnym syndromem Miłego Faceta? Pracę na rzecz bycia w pełni zintegrowanym mężczyzną. Takim, który łączy w sobie asertywność, pasję, odwagę, jasną i ciemną stronę, przyzwala sobie na popełnianie błędów. Glover pisze, że zintegrowany mężczyzna:

  • lubi siebie takim, jakim jest,
  • bierze odpowiedzialność za spełnianie swoich potrzeb,
  • jest mu dobrze z jego męskością i własną seksualnością,
  • robi to, co słuszne, a nie to, co wygodne,
  • jest gotów zapewniać bezpieczeństwo i chronić tych, na których mu zależy,
  • w jasny i bezpośredni sposób wyraża swoje uczucia,
  • potrafi stawiać granice i nie unika sytuacji, które wiążą się z potencjalnym konfliktem.
  • Zintegrowany mężczyzna nie stara się być idealnym czy za wszelką cenę uzyskiwać aprobaty innych. Akceptuje siebie takim, jakim jest – co w gruncie rzeczy oznacza, że jest doskonale niedoskonały.

Glover pisze tylko o mężczyznach. Ale, jak to często bywa, nie różnimy się aż tak bardzo i istnieje też żeńska odmiana Miłego Faceta, różniąca się w szczegółach, ale jeśli chodzi o mechanizmy funkcjonowania – podobna. W naszych warunkach nazwałbym ją Matką Polką Egoistycznie Poświęcającą się. Ale o tym przy innej okazji.

Jacek Gientka

Psycholog, psychoterapeuta

Dla kogo jest psychoterapia?

Kiedyś, zaledwie kilka lat temu, korzystanie z psychoterapii wydawało się sprawą wstydliwą. Ludzie nie przyznawali się, że uczęszczają do psychologa. Powszechnie stawiano znak równości pomiędzy psychologiem a psychiatrą, a o takich, o których wiedziano, że korzystają z tej formy pomocy, mówiono pobłażliwie, że „mają nie po kolei w głowie”.

Obecnie sytuacja wyraźnie się zmienia. Nie można jeszcze mówić o modzie na psychoterapię, ale z tych, którzy korzystają z tego typu pomocy, zdjęto już etykietę nienormalności. Do psychologa chodzą dzieci w szkole, rodzice, z jego usług korzystają specjaliści od edukacji, działy personalne w firmach, aktorzy, sportowcy… Wreszcie stało się jasne, że skoro z problemami z ciałem bez skrępowania idzie się do lekarza, to gdy nasze trudności dotyczą relacji z innymi, myśli czy uczuć – wtedy właśnie jest czas, żeby skorzystać z pomocy psychoterapeuty.

Kiedy warto iść do psychoterapeuty? Najczęściej ludzie podejmują taką decyzję, gdy coś dokucza im w kontakcie z innymi albo z samym sobą. Mogą to być trudności w relacjach z bliskimi, stres, z którym trudno sobie poradzić przy pomocy metod stosowanych do tej pory. Czasem do podjęcia psychoterapii skłania ludzi kryzys, w jakim się znaleźli – rozwód, zdrada, śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy. Konsekwencją kryzysu może być zbyt długo utrzymujący się smutek, zmęczenie czy zniechęcenie, które boleśnie utrudniają funkcjonowanie w codziennych sytuacjach życiowych. Warto udać się do psychoterapeuty, jeśli czujemy, że dręczą nas bolesne wspomnienia z przeszłości, wspomnienia krzywdy, której doznaliśmy w dzieciństwie albo w późniejszym czasie. Niektórzy korzystają z psychoterapii, gdyż chcą po prostu lepiej poznać siebie.

Warto wiedzieć, że istnieją różne podejścia psychoterapeutyczne. Wszyscy kojarzą występującą w wielu filmach kozetkę u psychoanalityka, jednak obecnie w ten sposób pracuje stosunkowo niewielu specjalistów, większość stosuje bardziej sprzyjające kontaktowi formy pracy. Można korzystać np. z usług terapeuty pracującego w podejściu humanistycznym, behawioralno-poznawczym, gestalt czy łączącym różne ujęcia nurcie integracyjnym. Z jakiego podejścia psychoterapeutycznego najlepiej korzystać? Każde ze znanych podejść, podobnie jak każda koncepcja psychologiczna, za istotne w pracy z człowiekiem czy w poznawaniu go może uznawać inne aspekty ludzkiej osoby czy jej otoczenia. W zależności od tego, z czym chcemy sobie poradzić, jak wyglądają nasze relacje z innymi, jak jesteśmy skonstruowani psychicznie, pomocne nam mogą być różne nurty terapeutyczne. Warto też wiedzieć, że istnieją różne formy terapii: terapia indywidualna, podczas której jest się sam na sam z terapeutą, terapia grupowa, kiedy czynnikiem leczącym, poza prowadzącym grupę specjalistą, są relacje zachodzące w grupie, czasem pojawia się konieczność skorzystania z terapii dla par albo dla rodzin.

Często pierwszym kryterium wyboru psychoterapeuty jest jego płeć – część pacjentów woli pracować z mężczyznami, część z kobietami. Potem próbujemy dowiedzieć się, co na jego temat sądzą inni. Poleganie na cudzych opiniach (zwłaszcza tych zamieszczonych w Internecie) nie zawsze działa, ale warto wziąć je pod uwagę. Decydując się na psychoterapeutę, dobrze jest sprawdzić jego kompetencje zawodowe (wykształcenie, doświadczenie, certyfikaty). Ale i tak najważniejsze to wejść do pokoju, usiąść i zacząć szczerą rozmowę, dzięki której być może inaczej spojrzymy na nasze – wydawałoby się – nierozwiązywalne problemy.

Jacek Gientka

Psycholog, psychoterapeuta