Po co są wakacje?

Zadawałam to pytanie wielu osobom. Zamieszczam tu odpowiedzi, w kolejności ich otrzymywania.

Wakacje są po to, żeby:

  • przyjrzeć się sobie bez rutyny
  • oderwać się od bieżących zajęć
  • zmienić otoczenie
  • mieć przygodę
  • zajrzeć w daleki pejzaż
  • zainspirować się morzem
  • zmęczyć się w górach
  • leżeć na kanapie i gapić się w sufit
  • nie spełniać oczekiwań
  • zdjąć maskę i się wyspać
  • mieć święty spokój
  • poznawać nowe – ludzi, przyrodę, zabytki
  • integrować rodzinę we wspólnym wypoczynku, ale i odpocząć od rodziny
  • zadbać o każdą sferę siebie
  • powędrować po kraju i świecie
  • zwiedzać
  • nacieszyć się nowymi krajobrazami
  • dopieścić ciało
  • patrzeć na zielony kolor
  • zanurzyć się w chłodnej wodzie
  • leżeć na słońcu
  • cieszyć się z bycia z bliskimi bez codziennych oczekiwań, wymagań i obowiązków
  • długo rozmawiać z przyjaciółmi, bez myślenia, że rano trzeba wstać
  • zadbać o „higienę” ducha i myślenia
  • spojrzeć na to samo z innej perspektywy
  • dostrzec piękno otaczającego nas świata
  • być bliżej nieba, bliżej natury
  • doświadczać radości w zwolnionym tempie
  • naładować baterie
  • poznać coś/kogoś nowego – nowe miejsca, nowe kuchnie
  • zmienić otoczenie i rytm życia
  • nie robić nic, albo wszystko to, czego nie robimy zazwyczaj
  • i żeby budzik też miał czas odpocząć…

A dla Ciebie po co są wakacje?… Może potraktujesz te 33 odpowiedzi jako inspiracje?

 

Barbara Popławska

coach

Marzenie – plan – realizacja

Być w Liverpoolu i nie doświadczyć Beatlesów? To niemożliwe. Ale być tam i w tym kontekście doświadczyć siebie, to fantastyczna przygoda.

Dostałam niedawno zaproszenie na ciekawe wydarzenie w Liverpoolu, więc nie zastanawiając się ani chwili, wsiadłam do samolotu i już po ponad dwóch godzinach podróży powitały mnie na lotnisku słowa piosenki „Imagine”. Wystarczy spojrzeć w górę, żeby zobaczyć najważniejsze cytaty z „Imagine”. Zatrzymaj się na chwilę, poczytaj, pomyśl… zdaje się mówić Lennon na powitanie. A może – nie przegap tego, co najważniejsze? Bo „life is very short” jak nucę w następnej piosence. Od tej pory piosenki Beatlesów będą mi towarzyszyć w Liverpoolu cały czas.

Przed lotniskiem stoi ogromna, żółta łódź podwodna… dla mnie to nie tylko kolejne nawiązanie do Beatlesów, odczytuję to również jako zachętę do zanurzenia się w ciekawe możliwości, które czekają w Liverpoolu.

Opowiem krótko o jednej z nich. Postanowiłam zrealizować moje marzenie, zamienione w plan, żeby zaśpiewać na scenie Cavern – klubu, w którym Beatlesi grali swoje pierwsze koncerty, zanim wyruszyli na podbój świata. Tak, zaśpiewać! Nie tylko być tam na jednym z kilku koncertów odbywających się w tym czasie, ale wejść na scenę i zaśpiewać „Imagine” i „All you need is love”. Już samo przebywanie w tym klubie to fantastyczne emocje, a słuchanie na żywo piosenek wykonywanych przez ludzi w każdym wieku to wielka frajda.

Ale przyszedł moment wyzwania dla mnie: wejścia na scenę, zmierzenia się ze sobą i swoim nie-perfekcyjnym angielskim, oswojenia tremy, zapanowania nad głosem, melodią i tekstem. Udało się, zaśpiewałam! To jedno z fantastyczniejszych doświadczeń. Właśnie tu i właśnie w taki sposób. Wielka radość!

 A teraz ciekawostka: w Liverpoolu są dwa miejsca o nazwie Cavern – jedno ma w swojej nazwie „club” a drugie „pub” i żeby było ciekawiej, oba mieszczą się przy tej samej ulicy, niedaleko siebie, można powiedzieć, że prawie naprzeciwko. Do obu przybywają ludzie z całego świata, żeby posłuchać na żywo piosenek Beatlesów i wszyscy są przekonani, że znajdują się właśnie w tym historycznym miejscu. Ale jedno z nich jest bardziej beatlesowsko-historyczne, a drugie tworzy ten klimat dobrze i skutecznie.

Ażeby przekonać się, która scena jest tą „najbardziej Beatlesową” warto odwiedzić The Beatles Story, gdzie wszystko się wyjaśnia… a nawet jeszcze więcej. W tym muzeum bardzo ciekawie i wielobarwnie jest pokazana, opowiedziana, sfotografowana, sfilmowana historia Beatlesów. To na pewno punkt obowiązkowy w czasie pobytu w Liverpoolu, zarówno dla tych, którzy niewiele wiedzą o historii słynnej czwórki, jak i dla tych, którym się wydaje, że wiedzą prawie wszystko. To historia o czterech chłopakach, którym na samym początku, po odsłuchaniu nagrania demo, żadna wytwórnia nie chciała wydać pierwszej płyty. Dopiero zagrany z pasją mini koncert na żywo spowodował, że jeden z wydawców zaryzykował, bo urzekli go wtedy swoją osobowością i poczuciem humoru… a wcale nie muzyką :).

Dlatego nie daj sobie wmawiać, że realizacja jakiegoś marzenia jest niemożliwa. Zamieniaj marzenia w konkretne plany… i działaj… nie tylko w Liverpoolu :).

Barbara Popławska

Coach

Jutro?

Coach w kinie

Byłam w kinie na filmie „Jutro będziemy szczęśliwi”.
Wybierzcie się na ten film kiedy chcecie.
Ale szczęśliwi bądźmy już dziś.
Dlaczego?
Bo jutra może nie być.
Realizujmy swoje DZIŚ w zgodzie ze sobą, niektórzy razem, niektórzy osobno, lecz na pewno nie odkładajmy tego na jutro.
Bo jutra może nie być…

Barbara Popławska
coach

Być jak Toni Erdmann*

Coach w kinie

  • nie traktować siebie zbyt poważnie
  • mieć dystans do ludzi i wydarzeń
  • obśmiewać przesadne napuszenie
  • nie dać się zbyć, gdy na czymś naprawdę zależy
  • cieszyć się drobiazgami
  • nie przegapić ważnych sytuacji
  • szanować odrębność innych
  • nie wygłaszać prawd życiowych, ale czasami umieć je wykreować w metaforze
  • być adekwatnie nieadekwatnym
  • mieć odwagę i siłę na przełamanie poczucia obciachu w imię czegoś ważnego
  • umieć wejść w przebraniu do nie swojej bajki
  • znaleźć piosenkę, której słowa okażą się bardziej trafne niż filozoficzna rozmowa

To moja lista, po obejrzeniu filmu „Toni Erdmann” (scenariusz i reżyseria Aren Made).
Można czytać i/lub stosować w różnej kolejności, i w dowolnym wyborze. A można też zrobić swoją listę po tym filmie. Zachęcam…

*Nie interpretuj tego tytułu zbyt dosłownie, bo zazwyczaj oczywiście namawiam do bycia sobą, a przecież inspiracje można czerpać również z filmu.

Barbara Popławska

Coach

Paterson, czyli pochwała codzienności

Coach w kinie

Paterson (Adam Driver) jest kierowcą autobusu i poetą… a może bardziej na odwrót? Jego żona Laura (Golshifteh Farahani) uprawia sztukę wszelaką w kolorze czarno-białym, ale jednocześnie ma wielobarwną radość w swoim podejściu do życia i do ich związku.

Życie Patersona składa się z codziennych rytuałów. Rano jeszcze zaspane czułości z żoną, śniadanie, potem spacer znanymi ulicami do pracy – zajezdni autobusowej, z trzymanym w ręku oldskulowym pudełkiem lanczowym (w środku schowana codziennie inna niespodzianka od żony-artystki). Cały czas układanie w głowie wielokrotnie powtarzanych fraz poetyckich, do zapisania w grubym notesie, przed wyruszeniem miejskim autobusem w codzienną, znaną trasę.

W tym czasie Laura zostaje w domu i maluje… ona też ma swoje światy. A po południu radośnie wita wracającego z pracy męża jakimś nowym pomysłem na kolejne fazy swojej twórczości. Szuka różnych dróg realizacji marzeń. Paterson wysłuchuje tych opowieści ze stoickim spokojem… jak wszystko inne, co robi.

Poetycki kierowca w miejskim autobusie słucha codziennie niecodziennych rozmów pasażerów i z nich też czerpie  inspiracje do swoich wierszy. Jego notes zawiera tajemnice wszystkich, codziennie pisanych po kawałku, tekstów, również tych ze spotkań znad kufla piwa sączonego w ulubionym barze na szlaku wieczornych spacerów z psem.

Laura nieustannie zachwyca się twórczością swojego męża i namawia go do skopiowania notesu, a on ciągle to odkłada, zapominając, że kobieca intuicja… No właśnie… nie spoilerując za bardzo, powiem jedynie, że warto kopiować swoje teksty, szczególnie jeśli z domowego fotela łypie krzywym okiem – lubiąca zbytnio wgryzać się w poezję – mała bestia. Niecodzienne zdarzenie zakłóci codzienne rytuały i wtedy…

No właśnie… gdyby nie ta sytuacja może Paterson nie porozmawiałby z japońskim poetą?

To scena perełka,  jak wiele innych w tym filmie. To jednocześnie końcowa scena, która może być nowym początkiem…

Nie przegapcie najnowszego filmu Jarmuscha „Paterson” i nie przegapcie uroków codzienności, doceniając rytuały i zwyczajne sytuacje.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Azyl w krainie Trolli

Coach w kinie

Tak, poprosiłam o azyl. Dlaczego wybrałam krainę Trolli? Bo tam jest kolorowo, radośnie, wszyscy tańczą, śpiewają (no może poza Mrukiem, który na początku nie tańczy i nie śpiewa), przytulają się (przynajmniej raz na godzinę) o czym przypominają melodyjki w zegarkach, tak w zegarkach, bo Trolle nie mają ani telefonów, ani smartfonów, ani laptopów, ani innych urządzeń mobilnych, za to potrafią ze sobą rozmawiać, spędzać miło czas, opowiadać ciekawe historie, robić przestrzennie kolorowe wycinanki, cieszyć się chwilą. Potrafią doceniać poczucie humoru i szanować swoją indywidualność. Wydobywają z opresji przyjaciół, narażając własne życie. Nie zapominają o swojej trudnej historii sprzed lat (kiedy były więzione przez Bergenów), ale nie uprawiają cierpiętnictwa kosztem swoich bliskich.
Potrafią znaleźć jasną stronę każdej sytuacji, ale czasami posłuchać też smutnego Trolla, którego sarkastyczne stwierdzenia pomagają znaleźć konstruktywne rozwiązania.
A w sytuacji krytycznej ten smutny Troll – Mruk weźmie na siebie cały ciężar uratowania Trolli, bez chowania się za innych i bez dorabiania dziwnych ideologii i ogłaszania demagogicznych manifestów… albo zakazów podawania prawdziwych informacji.
Mruk potrafi naprawdę się zmienić… nabrać wielobarwności, przypomnieć sobie, że jest jasna strona życia i wziąć na siebie odpowiedzialność… oraz przyznać się do miłości. Bo miłość potrafi w życiu wiele odmienić… ale ten Mruk kocha Trollkę… a nie jest zakochany tylko w sobie (z wzajemnością).
A potem Trolle potrafią wspólnie uratować też Bergenów – swoich odwiecznych wrogów – przed nimi samymi i przed ich zaślepieniem, i wciskaniem kłamstw przez sterującą decyzjami króla, nienawidzącą wszystkich… kucharką.

Mój azyl trwał prawie dwie godziny i kosztował tyle, co bilet do kina, bo tam właśnie się wybrałam. Polecam Wam film „Trolle”(reż. M. Mitchell), ale nie dajcie sobie wmówić, że nie jesteście dziećmi.
Aha… i róbmy swoje… wielobarwnie, wielowymiarowo i radośnie, nie dając się pesymizmowi żadnych smutasów, demagogów i mruków, bo niestety nie wszyscy z nich są zdolni do prawdziwej miłości i do dobrej przemiany faktycznej, a nie tylko deklarowanej.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Dwa kilogramy radości

Nastała jesień. Deszcz leje, wiatr szaleje, ciemność zbyt długo panuje, a do tego katar daje się we znaki. W tych doskwierających okolicznościach ktoś nagle dzwoni do drzwi… dwa razy. Otwieram. To kurier z przesyłką. Patrzę skąd. Znak! Wydawnictwo Znak. Jeszcze dostrzegam kątem oka napis: waga 2 kg. Kwituję odbiór elektronicznym rysikiem na małym ekranie, który wie prawie wszystko o tajemniczych przesyłkach i zostaję z tymi dwoma kilogramami.
Rozpakowuję szybko… i już wiadomo, że ani szaruga jesienna, ani nawet bardzo mroźna zima nie będą mi straszne, gdyż trzymam właśnie w rękach 1500 stron (tak, tysiąc pięćset!) radości, refleksji, zabawy językiem i najlepszej jakości humoru… mistrzowskiego humoru.
Dla niektórych jako puenta wystarczy taka informacja: Jeremi Przybora „Dzieła (niemal) wszystkie”.
Cóż więcej trzeba dodawać? No może jeszcze, że to drugi tom, na grzbiecie którego wytłoczone srebrną czcionką dodatkowe zachęty: Divertimento, Teatr nieduży, Uwiedziony, Opowiadania, Autoportret z piosenką, Teksty rozproszone, Piosenki wysupłane.
Można rzec, że to wiele książek w jednej, stąd ta objętość i ciężar, nie tylko gatunkowy.
Zawsze, kiedy biorę nową książkę do ręki najpierw otwieram ją na przypadkowej stronie. Tym razem też tak zrobiłam… i cóż zobaczyłam? Niespodziewany koniec lata/ od ust mi odjął wiśnie… Czy jeszcze w ustach smak ich ma pan? Czy ja się panu przyśnię?… Ech, panie Jeremi… skąd wiedziałeś gdzie mam otworzyć? Na szczęście dostałam niedawno domowe powidła wiśniowe z imbirem, więc chyba dam radę.
Postanowiłam tę zabawę w przypadkowe otwieranie kontynuować… i co tym razem przeczytałam? Już poczekalnia pusta/ pacjentów nie ma więcej / Mógłbym powierzyć usta / beztroskiej mej piosence / i odejść jak outsider / zapaść spokojnie w sen by / tę odczuwalną frajdę / że mnie nie bolą zęby! / Ząb – zupa – ząb / dąb – zupa – ząb / że mnie nie bolą zęby!… Taaak, byłam niedawno u dentysty, naprawdę! Powierzyłam również swoje usta beztroskiej i mniej beztroskiej piosence na koncercie… nie u dentysty jednak.
No to jeszcze raz otwieram na przypadkowej stronie i… no nie! Tym razem nie zacytuję, bo chyba nie uwierzycie, jak te teksty mocno i humorystycznie wchodzą w moje życie… (zapewne nie tylko w moje, ale miło pomyśleć przez chwilę, że jest się adresatem niektórych).
Pierwsze trzy otwarcia w punkt! Przypadek? Może… a może nie?
Od razu się przyznam, że radość celebrowania kolejnych odkryć zostawiam sobie na długie jesienne i zimowe wieczory oraz na improwizacyjno-literackie warsztaty, które prowadzę w doborowym towarzystwie. A już wiem, po przejrzeniu spisu treści oraz indeksu, że jest tu sporo tekstów-niespodzianek, których nie znałam, tym większa moja radość i specjalne podziękowania dla Teresy Drozdy, redaktorki z pasją detektywa literackiego, która wyszukiwała te mniej znane, jak również zupełnie nieznane wybornie przyborne smaki literackie.
Aha widzę jeszcze w książce rysunki, które są dodatkowymi smaczkami, a jeśli dodam, że zrobili je: Marek Raczkowski, Piotr Socha i Marcin Wicha, to chyba już nic nie muszę dodawać.
No może jedynie to, że gdybyście jeszcze nie wiedzieliście jaki prezent sprawić sobie w najbliższym czasie… Nawet jeśli wam się wydaje, że sporo tekstów Jeremiego Przybory znacie, a tym bardziej, jeśli znacie ich niewiele. A dla osób, które lubią czytać w pociągu, samolocie, autobusie, tramwaju czy metrze jest dobra wiadomość: nie muszą dźwigać tych dwóch kilogramów w torbie, czy plecaku, bo jest też dostępny e-book.
Taki przybornik inteligentnego humoru na te niewesołe czasy.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Meryl Streep jak wino

Coach w kinie

Nie żebym nie doceniała jej dużo wcześniejszych ról i filmów. Wiem również, że swojego pierwszego Oskara dostała mając 29 lat.  Ale widać, że z wiekiem Meryl Streep nabiera coraz większego dystansu do siebie i do upływającego czasu. Nie robi ze swojej twarzy maski nafaszerowanej botoksem, czy innymi specyfikami mającymi „oszukać czas”. Ona nie musi oszukiwać czasu, bo ona się z nim zaprzyjaźniła. Czerpie z tej przyjaźni wiele radości, przyjemności i doświadczenia, a czas pięknie się odwdzięcza, co widać w kolejnych jej rolach, a szczególnie w tych komediowych.

Zgodnie też z dobrą zasadą, że człowiek się nie starzeje dopóki wciąż uczy się czegoś nowego, Meryl nie ucieka przed nauką. Do roli w jednym z poprzednich filmów („Nigdy nie jest za późno”) nauczyła się grać na gitarze (w wieku 60 lat) a teraz mając 67 lat nauczyła się fatalnie śpiewać. A może precyzyjniej będzie stwierdzić, że nauczyła się wydawać dźwięki, które ze śpiewem mają niewiele wspólnego, co wcale nie jest takie łatwe dla osoby dobrze śpiewającej (w filmie „Mamma Mia!”), jak twierdzą specjaliści w tej dziedzinie.

Ależ ona masakrycznie fałszuje!

Oczywiście mowa o jej najnowszej roli w filmie „Boska Florence” (reż. Stephen Frears), gdzie gra Florence Foster Jenkins, która mimo fatalnego głosu postanowiła śpiewać i występować na najlepszych scenach, i nawet groźba wydziedziczenia jej przez bardzo majętnego ojca nie powstrzymała tego brawurowego pomysłu. Ojciec jednak nie wydziedziczył Florence i dzięki pokaźnemu spadkowi mogła realizować nie tylko swoje marzenia (była również działaczką społeczną). To w ogóle ciekawa postać. A dzięki temu filmowi można poznać kilka mniej znanych faktów z jej życia, które pozwalają inaczej na nią spojrzeć. Jakich faktów? No nie powiem, żeby nie psuć radości oglądania i zadumy nad dziwnymi kolejami losu.

Powiem jedynie, że Hugh Grant grający jej męża to bardzo dobry wybór. Dodam również, że według mnie to nie jest film o najgorszej śpiewaczce świata, jak była nazywana Florence Foster Jenkins. To film o wyjątkowej, niebanalnej kobiecie mającej marzenia i realizującej je po swojemu. To również film o wyjątkowej miłości i przyjaźni, którą może niektórzy nazwą bardzo interesowną, ale czy aby na pewno taka była? Zobaczcie sami, albo z kimś…

…i nie zapominajcie o realizacji swoich marzeń i planów… i tych wielkich, i tych całkiem małych.

Aha, może warto też pomyśleć o zakolegowaniu się z czasem?

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Mieć nosa do ludzi

„Być albo nie być?” na ile sposobów można jeszcze zadać to pytanie?

Otóż okazuje się, że na bardzo wiele. Ten, chyba najbardziej rozpoznawalny na całym świecie, hamletowski monolog, rozbrzmiewał również w tym roku na jubileuszowym 20. Gdańskim Festiwalu Szekspirowskim, który trwał 10 dni i gościł – jak policzyli organizatorzy -72 spektakle i 306 artystów.
I ja tam byłam, i Szekspira dla siebie na nowo odkryłam. Nie, żebym była jakąś zagorzałą jego fanką. Po raz kolejny wybrałam się na ten festiwal, żeby celebrować spotkania z ludźmi, którzy mają wielką pasję, niebanalne pomysły i którym chce się chcieć.
W czasie mojego trzydniowego pobytu wiele się tam działo… oj wiele. Ale chcę podzielić się wrażeniami z trzech sytuacji, które na długo pozostaną w mojej pamięci.
Po oficjalnej inauguracji odbył się koncert sonetów Szekspira w wykonaniu Stanisława Soyki & Cracow Singers. Artyści na głównej scenie Teatru Szekspirowskiego śpiewali a cappella, widownia wypełniona po brzegi zastygła w zasłuchaniu. Kolejne sonety wybrzmiewały, niektóre w ojczystym języku autora, więc jakby jeszcze bardziej oddające szekspirowskiego ducha, aż nagle dach się nad nami otwiera… i widać coraz większy kawałek nieba… nie, to nie sen, wcale nie było mi wtedy do snu, to po prostu świetny pomysł otwarcia dachu teatru na finał koncertu. Wrażenie niesamowite, bo na zupełnie do tej pory ciemnej widowni, stała się całkowita jasność i szekspirowskie sonety zagościły w uśmiechach widzów patrzących w niebo, gdzie krzykliwa mewa rytmicznie wtórowała śpiewom artystów. Czyżby nowe, gdańskie wcielenie Szekspira, który chciał zaznaczyć swoją obecność?
Druga sytuacja to stołowy Szekspir. Jego sztuki zostały pokazane na stole metrowej szerokości przy użyciu przedmiotów codziennego użytku. Artyści Forced Entertainment z Wielkiej Brytanii odgrywali, w bardzo kameralnej atmosferze, skondensowane spektakle używając narracji i humoru współczesnego języka. Nazwali ten pomysł: Complete Works – Table Top Shakespeare. W ich opowieści np. solniczka i pieprzniczka to król i królowa, linijka – książę, butelka wody – goniec. To było bardzo ciekawe i odświeżające doświadczenie.
A trzecia sytuacja miała miejsce w kuluarach. W czasie rozmowy z kilkoma osobami na temat spektaklu, dla zobrazowania wypowiedzi, nałożyłam swój ulubiony czerwony nos-kulkę, który często mam przy sobie. Nagle jakby spod ziemi wyrósł mężczyzna perskiej urody i szybko wyjął ze swojej torby taki sam nos, ale koloru fuksji, i równie szybko go nałożył. Było dużo śmiechu i radości, i prawie jednocześnie wpadliśmy na pomysł zamiany nosów, żeby w ten sposób uczcić to miłe spotkanie. A ponieważ odbyło się ono na dziedzińcu Teatru Szekspirowskiego, więc William też dostał nosa i chyba się ucieszył, bo z chęcią pozował do zdjęcia, które mu robiłam (zamieszczone powyżej).
Taaak! Warto mieć nosa do ludzi z pasją i warto pozwolić sobie na spontaniczność, czego już od dawna doświadczam, również z uczestnikami moich warsztatów oraz projektów muzycznych, w których biorę udział.
Aha i pamiętajcie, że ten perski nos mam często przy sobie i nie zawaham się go użyć, skoro już nawet Szekspir go zaliczył 🙂

Barbara Popławska
coach

Miłość mierzona w centymetrach

Coach w kinie

„Facet na miarę” (reż. Laurent Tirard) to francuska komedia w sam raz na wakacje… a może nie tylko? Ona: Diane (Efira) – ładna, wysoka, wrażliwa, inteligentna prawniczka. On: Alexandre (Dujardin) – przystojny, szarmancki, kreatywny i… bardzo niski architekt. Jak bardzo? 136 cm.

Ta różnica wzrostu jest na tyle duża, że nikt nie ukrywa ciekawości, a często i rozbawienia, gdy widzi ich razem. Łączy ich wiele: poczucie humoru, umiejętność rozmowy na każdy temat, podobna wrażliwość, empatia, potrzeba miłości po singielskim doświadczeniu porozwodowym. A dzieli, tak na oko, około 40 centymetrów, które chwilami bywa jak przepaść, głównie dla niej, gdy wszyscy patrzą wymownie i komentują po cichu albo głośno, jak jej były mąż.
No właśnie, bo co ludzie jeszcze powiedzą i zrobią, żeby uprzykrzyć im życie? A niech mówią, co chcą – chciałoby się rzec – ale to nie takie proste w codzienności. Im więcej ludzkich spojrzeń i komentarzy, tym więcej ona ma wątpliwości, bo on nie.  On wie czego w życiu chce, bo od zawsze musi sobie radzić ze swoimi 136 centymetrami. No może od prawie zawsze. Na jej pytanie, czy był kiedyś zakochany w kimś swojego wzrostu odpowiada: tak, w przedszkolu, ale ona potem urosła.

Prawniczka po wielu wewnętrznych „rozkminkach” zbiera się na odwagę i wygłasza długi monolog: jaka czuje się przy nim ważna, kochana, zaopiekowana i że dzięki niemu świat jest większy – o paradoksie – po czym zaraz oświadcza… że jednak muszą się rozstać i natychmiast wychodzi nie czekając na jego odpowiedź.
I co? Koniec? No nie, ale dalej nie opowiem, kto chce, niech zobaczy… i zastanowi się zanim oceni kogoś po wyglądzie, czy po ilości centymetrów.
Stereotypy i uprzedzenia potrafią popsuć życie i związek. Może warto uważać na swoje słowa, a przede wszystkim może warto przyjrzeć się swoim myślom i przekonaniom, i dać szansę zmianie.
A swoją drogą jak fantastycznie działa magia kina. Aktor grający głównego bohatera ma w rzeczywistości 182 cm wzrostu. Jak oni to zrobili, że wypada w swoich 136 cm tak realistycznie na ekranie? Ach ta magia kina…

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl