Spokojnych Świąt!

Tym, co stracili, żeby nie zapomnieli, że istnieje jutro,

Tym, co boją się, że stracą, żeby zachowali nadzieję.

Tym, co z dala od domu, żeby czasem zatęsknili,

Dawne urazy zamieniając w mądre doświadczenia.

Tym, co kochają, żeby wciąż kochali,

A jeśli bez wzajemności, niech ich to nie niszczy.

Szukającym pracy – cierpliwej rozwagi,

Zaś przepracowanym – spokojnych wieczorów.

Wesołych Świąt

Nie bądźmy baranami

COACH W KINIE

40 lat to dużo czy mało?

Jaki wpływ na życie ludzi może mieć trzęsawka?

Czy wielkie zimno może wywołać jeszcze większe ciepło?

Film „Barany. Islandzka opowieść” (reż Grimur Hákonarson) wejdzie na ekrany kin w lutym 2016 ale nie chcę czekać z pisaniem o nim, nie tylko dlatego, żeby mi się kontury we wspomnieniach nie zatarły… bo scena finałowa zostanie w pamięci na pewno na bardzo długo. Oczywiście nie opiszę tej sceny, żeby nie odbierać widzowi przyjemności zobaczenia jej po swojemu. Ale może gdyby niektórzy obejrzeli „Barany” przed Wigilią to byłoby mniej symbolicznych pustych miejsc przy stole, bo te symboliczne zamieniłyby się w prawdziwe.

Nie chodzi tylko o spotkanie przy uroczystej kolacji… chodzi też o rozmowę, spojrzenie sobie w oczy, wybaczenie, przytulenie… częściej niż raz na 40 lat. Bo tyle właśnie nie rozmawiają ze sobą bohaterowie filmu – dwaj bracia – Gummi i Kiddi mieszkający na odludziu w domach stojących obok siebie. Domy obok siebie na odziedziczonej po rodzicach posesji, a rodzeństwo oddalone od siebie o lata świetlne… znacie to? Nie, nie pytam o film. Pytam o relacje z rodzeństwem. Czyż to nie jedna z trudniejszych relacji? Film porusza ten problem przy okazji opowieści o hodowli rzadkiej odmiany islandzkich owiec. Na ekranie islandzkie klimaty, lokalne zwyczaje, owce, barany oraz bracia bardzo obrażeni na siebie od 40 lat, o czym wie cała lokalna społeczność a z czego wynika też sporo komicznych sytuacji np. akcje specjalne z pasterskim psem pocztowym.

Niby tak niewiele w tym slow filmie na początku się dzieje… a jednak tyle się wydarzy.

Bo chyba życie za krótkie na zatwardziałe zagniewanie? Przychodzi moment, w którym warto odpuścić, wybaczyć i poczuć wdzięczność za to, co było dobre, wszak ileś dobrego też się wydarzyło. Życie zdecydowanie za krótkie na pielęgnowanie urazy. Nie tylko w rodzeństwie.

Wybierzcie się na ten film a może też na spotkanie z dawno nie spotkanymi? Tak po prostu… bez czekania na trzęsawkę, bo wtedy może być już za późno.

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

O miłym facecie

(Na podstawie „No More Mr. Nice Guy” Roberta Glovera)

Znajdziecie zapewne takich mężczyzn w swoim otoczeniu: są grzeczni, uczynni, spokojni, troskliwi. Spodobaliby się przyszłej teściowej – to mężowie idealni. Ale z jakiegoś powodu ich życie nie jest tak doskonałe, jak byście się spodziewali. O syndromie Miłego Faceta, na podstawie własnej praktyki terapeutycznej, pisze amerykański psychoterapeuta, Robert Glover, w książce „No More Mr. Nice Guy”. Co widać u takich mężczyzn na pierwszy rzut oka?

Mili Faceci dużo dają z siebie innym. Mówią, że sprawia im to radość, uważają też, że dzięki takiemu zachowaniu będą bardziej lubiani i doceniani. Bardzo zależy im na byciu akceptowanym przez otoczenie. Szczególnie wyraźnie można to dostrzec w relacjach Miłych Facetów z kobietami. Troszczą się o innych, pomagają nawet wtedy, gdy nikt ich o to nie prosi. Wystarczy, że widzą w swoim otoczeniu kogoś, kto ma problem, jest smutny, zły, nieszczęśliwy – i już działają. Znowu – zwłaszcza, jeśli tym kimś jest kobieta.

Nie lubią konfliktów, unikają ich jak ognia. Dlatego nie mówią przykrych rzeczy ludziom ze swojego otoczenia, są bardzo ulegli, nawet za cenę rezygnacji z własnego stanowiska. Ukrywają też przed innymi swoje wady. Obawiają się, że jeśli ktoś zobaczy te niedociągnięcia w ich nieskazitelnym wizerunku, będzie się śmiać albo co gorsza odejdzie. Marzeniem Miłych Facetów jest znalezienie sposobu na szczęśliwe i bezproblemowe życie. Jeśli tylko by go odkryli, udałoby się uniknąć wszystkich przykrych rzeczy, które przytrafiają się w relacjach z ludźmi – oceny, odrzucenia, bycia nielubianym.

Inną cechą charakteryzującą Miłych Facetów jest ukrywanie własnych uczuć. Lepiej czują się wtedy, kiedy analizują, niż kiedy czują. Zwykle uczucia będą uważać za stratę czasu i energii. Kiedyś prawdopodobnie podjęli decyzję, że będą zupełnie różni od swoich ojców (którzy często byli nieobecni, wycofani, mieli problem z alkoholem) i za wszelką cenę starają się ten cel zrealizować. Mają mało męskich przyjaciół, zależy im raczej na akceptacji ze strony kobiet i to z nimi spędzają najwięcej czasu. Za wszelką cenę chcą przekonać je, że nie są źli, samolubni, że „nie są jak inni mężczyźni”. Potrzeby innych stawiają na pierwszym miejscu uważając, że złym egoizmem jest dbanie o realizację własnych pragnień. W centrum świata Miłego Faceta bardzo często znajduje się partnerka, więc robi wszystko, żeby ją uszczęśliwić.

A oto, co kryje się za tą dość sympatyczną, choć trochę nieszczęśliwą, fasadą Miłego Faceta. Według Roberta Glovera tytułowy Mr. Nice Guy prezentując się innym w masce, którą chcą widzieć, a nie pokazując swojej prawdziwej twarzy, jest po prostu nieuczciwy. Ukrywa swoje błędy, chowa swoje prawdziwe uczucia, mówi tylko to, co inni chcą usłyszeć. Jest skryty, bo dzięki temu udaje mu się ukryć wszystko to, co może sprawić, że inni będą niezadowoleni. W większym stopniu niż inni jest wyćwiczony łączeniu ze sobą sprzecznych informacji na własny temat. Racjonalizując potrafi np. powiedzieć, że nie zdradził żony, bo przecież nie doszło do pełnego stosunku.

Ponieważ Mili Faceci nie potrafią w jasny i bezpośredni sposób poprosić o coś, na czym im zależy, więc uciekają się do manipulowania innymi. Z racji tego, że chcą, żeby świat wokół był idealny, kontrolują wszystko i wszystkich, żeby ten swój ideał osiągnąć. Niby dają od siebie dużo, ale liczą, że dostaną coś w zamian. Może to być chociażby zmiana czyjegoś nastawienia względem nich. Jeśli nie dostają, czują się sfrustrowani, chociaż często nie potrafią się do tego przyznać. Wyglądają na spokojnych, a jednak zachowują się bierno-agresywnie: zamiast otwartej wrogości potrafią spóźniać się na spotkania, zapominać o czymś, powtarzać te same, irytujące drugą osobę zachowania, za każdym razem obiecując poprawę.

Tak, w Miłym Facecie jest mnóstwo gniewu. Choć twierdzi, że nigdy się nie złości, w środku aż kipi od niewyrażonych nieprzyjemnych emocji. I, jak to z tak tłumioną złością bywa, czasem wybucha ona w najmniej oczekiwanym momencie w zupełnie niekontrolowany sposób. Ponieważ Miły Facet tłumi emocje, może wpaść w nałogi, za pomocą których szybko, jednak jedynie na krótką metę, rozładowuje swoje napięcia. Według obserwacji autora jednym z najczęstszych sposobów radzenia sobie przez Miłych Facetów z emocjami są seksualne kompulsje. Ogólnie rzecz biorąc mają problemy ze swoją seksualnością i choć podkreślają znaczenie tej sfery życia, są z niej niezadowoleni.

Mili Faceci mają trudność w stawianiu granic. Ponieważ mają trudność z odmawianiem, czują się ofiarami i potrafią obarczyć drugą osobę winą za pojawiające się w związku z tym problemy. Z jednej strony chcą być lubiani, a nawet kochani, a z drugiej – izolują się i ukrywają do tego stopnia, że nie tylko nie pozwalają się do siebie zbliżyć, ale wręcz odpychają od siebie. Często pomagają innym – wygląda to tak, jakby przyciągali ludzi, którym mogą pomóc. W rezultacie zamiast żyć swoim życiem, zajmują się rozwiązywaniem problemów innych. Jak już było wcześniej wspomniane, ci inni wcale nie muszą prosić o pomoc. Bliskie relacje są dla nich najważniejsze, jednak dostarczają też wielu frustracji. Ponieważ boją się konfliktu, unikają takich rozwiązań, które są konieczne, najskuteczniejsze, ale mogłyby wiązać się z konfrontacją i narażeniem na niezadowolenie drugiej osoby. Zdarza się, że relacje z innymi traktują jak projekty, w realizację których angażują całą swoją energię. Chcą wyprowadzić drugą osobę na prostą. Doświadczają frustracji, kiedy ta osoba nie rozwija się „tak, jak powinna”.

Najczęściej są inteligentni, utalentowani, odnoszą względne sukcesy. Robert Glover pisze jednak, że z powodu schematów, w których tkwią, zwykle nie realizują w pełni swojego potencjału.

Co proponuje autor jako sposób na poradzenie sobie z własnym syndromem Miłego Faceta? Pracę na rzecz bycia w pełni zintegrowanym mężczyzną. Takim, który łączy w sobie asertywność, pasję, odwagę, jasną i ciemną stronę, przyzwala sobie na popełnianie błędów. Glover pisze, że zintegrowany mężczyzna:

  • lubi siebie takim, jakim jest,
  • bierze odpowiedzialność za spełnianie swoich potrzeb,
  • jest mu dobrze z jego męskością i własną seksualnością,
  • robi to, co słuszne, a nie to, co wygodne,
  • jest gotów zapewniać bezpieczeństwo i chronić tych, na których mu zależy,
  • w jasny i bezpośredni sposób wyraża swoje uczucia,
  • potrafi stawiać granice i nie unika sytuacji, które wiążą się z potencjalnym konfliktem.
  • Zintegrowany mężczyzna nie stara się być idealnym czy za wszelką cenę uzyskiwać aprobaty innych. Akceptuje siebie takim, jakim jest – co w gruncie rzeczy oznacza, że jest doskonale niedoskonały.

Glover pisze tylko o mężczyznach. Ale, jak to często bywa, nie różnimy się aż tak bardzo i istnieje też żeńska odmiana Miłego Faceta, różniąca się w szczegółach, ale jeśli chodzi o mechanizmy funkcjonowania – podobna. W naszych warunkach nazwałbym ją Matką Polką Egoistycznie Poświęcającą się. Ale o tym przy innej okazji.

Jacek Gientka

Psycholog, psychoterapeuta

Czym posolić sól?

COACH W KINIE

 

Kiedy nieskończoność może być policzalna?

Co jest solą Ziemi?

Czy milion drzew może uleczyć duszę artysty?

Nie jestem wielką fanką filmów dokumentalnych, więc gdyby nie zachęta mojej znajomej, może nie wybrałbym się na jeden z ważniejszych filmów, jaki ostatnio widziałam. Jak dobrze, ze są tacy znajomi.

„Sól Ziemi” (reż. Wim Wenders, Juliano Ribeiro Salgado) opowiada historię brazylijskiego fotografa Sebastiao Salgado, który w ciągu 40-letniej zawodowej podróży przyglądał się wielokulturowemu światu przez obiektyw swojego aparatu i dokumentował przełomowe dla ludzkości wydarzenia. Zajmował się zagadnieniami socjalnymi, zyskując przydomek „fotograf rynsztoków”. Podążał za głosem serca pojawiając się ze swoim obiektywem wszędzie tam, gdzie działa się ludziom krzywda, zarówno w krajach trzeciego świata, ale też w Rosji, w Radżastanie, w Kuwejcie, we Francji, na Ukrainie.

Jego fotografie zatrzymały w kadrze wiele wydarzeń, ludzi, emocji, sytuacji… i ciągle poruszają trafnością spojrzenia na człowieka przez pryzmat miejsca i czasu, w jakim się znalazł.

Czy w czasach Internetu może nas jeszcze coś zaskoczyć i zatrzymać? Czy miliony zdjęć i przekazów, którymi jesteśmy ciągle wirtualnie atakowani nie stępiły naszej wrażliwości?

Oglądając ten film można sobie odpowiedzieć na to pytanie.

To film również o tym jak pasja zawodowa może stać się filozofią życia… i że warto podążać za swoimi marzeniami… bez względu na trudności i przeciwności, których sporo po drodze.

Ale nawet takiego człowieka z wielką pasją nie ominął problem wypalenia zawodowego i „chorej duszy” jak sam określił artysta swój stan po jednej z cięższych i trudniejszych psychicznie wypraw fotograficznych.

Co wtedy zrobić, żeby się nie załamać na resztę życia?

Sebastiao Salgado odkrył razem ze swoją żoną Lelią wyjątkową metodę. Coś, co wydawało się karkołomnym pomysłem… a jednak się udało.

Nie opowiem jaka to metoda, żeby nie spoilerować.

Dodam jedynie, że uczyniła ona świat bardziej zielonym w miejscu, gdzie wydawało się to prawie niemożliwe… a życie Salgado znowu odzyskało sens. I to była dla mnie najważniejsza część tego filmu.

Bo niemożliwe może stać się możliwym… tylko trzeba dać sobie pomóc w odnalezieniu siły… a potem odpowiedniej metody i narzędzi… o czym dobrze wie pisząca te słowa.

 

Barbara Popławska

Coach

Tekst pochodzi z kulturalnie.waw.pl

Emocjonalna niedostępność

Wyobraź sobie taką sytuację: zaproszono cię na przyjęcie, jednak kiedy nadchodzi dzień, w którym – o ile pamiętasz – ma się ono odbyć, uświadamiasz sobie, że nie jesteś pewna, jakiego rodzaju będzie to przyjęcie, ani o której godzinie powinnaś się na nim zjawić. No cóż, myślisz sobie, głowę masz przecież nie od parady, więc po prostu wybierzesz najlepszą opcję. Ubierasz się zatem w neutralnym, nieformalno-eleganckim stylu i zjawiasz się na przyjęciu o siódmej wieczorem.
Kiedy zbliżasz się do domu gospodarza, dobiegają cię odgłosy przyję­cia: muzyka, rozmowy, śmiech, delikatny brzęk kieliszków. Myślisz sobie:
„To będzie świetna impreza”. Wchodząc po schodach na ganek, czujesz kuszące aromaty wydostające się z domu i raz jeszcze mówisz sobie: „To będzie znakomite przyjęcie”.
Dzwonisz do drzwi i pojawia się gospodarz z zagadkowym, enigmatycznym uśmiechem na twarzy… odziany w smoking.
– Spóźniłaś się – mówi.
– Przepraszam, ale nie powiedziałeś mi, o której godzinie zaczyna się przyjęcie.
– Myślałem, że sama się domyślisz.
– Jeszcze raz przepraszam. Ale teraz już jestem – próbujesz przywołać na twarz pewny siebie uśmiech, niestety raczej bez powodzenia.
Gospodarz mierzy cię od stóp do głów.
– Może i tak, ale nie jesteś odpowiednio ubrana.
Spoglądasz na swój elegancki, choć niezbyt formalny strój, a potem na jego czarny krawat i oficjalne ubranie.
– To prawda. Ale mieszkam niedaleko, mogę po prostu wrócić i szybko się przebrać. Nawet się nie obejrzysz, a już będę z powrotem. Nie minie nawet godzina.
W myślach rozpaczliwie przeglądasz swoją garderobę, szukając w niej czegoś wystarczająco formalnego, i zastanawiasz się, ile czasu zajmie ci wyprasowanie nowej kreacji. Dodajesz do tego czas przejazdu, zastanawiasz się, co będziesz musiała zrobić z włosami, żeby fryzura pasowała do wybranego stroju, oraz jak szybko zmienić makijaż. Nadal jednak wydaje ci się, że to będzie wspaniałe przyjęcie.
Twój gospodarz kręci głową.
– Ale wtedy będziesz naprawdę spóźniona. Będzie już po kolacji, a ja tak liczyłem, że usiądziesz tuż przy mnie przy pierwszym stole.
Serce zamiera ci w piersi. Jedna jedyna szansa, a ty ją zmarnowałaś!
W myślach wypowiadasz kilka niepochlebnych opinii o sobie, swoich zdolnościach,
inteligencji i możliwościach, jednak głośno obiecujesz:
– Naprawdę, będę z powrotem za czterdzieści pięć minut. Będę wyglą­dać doskonale. Nie możesz zaczekać? To tylko czterdzieści pięć minut.
Nie masz pojęcia, w jaki sposób zdołasz wrócić tak szybko, ale tak bardzo chcesz zostać honorowym gościem.
Twój gospodarz raz jeszcze kręci głową.
– Hmm…, sam nie wiem. Ale co ze sobą przyniesiesz? Mówiłem ci kiedyś, jak bardzo lubię te niezwykłe, dziewiętnastowarstwowe ciasteczka, które pieczesz. Miałem nadzieję, że przyniesiesz po jednym dla każdego z gości.
Za jego plecami wciąż słyszysz śmiechy i muzykę, czujesz zapachy egzotycznych potraw i widzisz szampana w kieliszkach. Nadal uważasz, że to najwspanialsze przyjęcie spośród wszystkich, na których kiedykolwiek byłaś, i wciąż chcesz być honorowym gościem.
– Może uda mi się wrócić na deser… Ilu jest gości?
Oto jak odczuwa się emocjonalnie niedostępny związek. Nigdy nie jesteś dość dobry, żeby dostać się na przyjęcie. Dajesz się zwieść wyraźnym – choć często pośrednim i niewypowiedzianym – sygnałom, że coś jest tylko odrobinę nie w porządku. Kryje się za tym obietnica, że jeśli to naprawisz, zostaniesz honorowym gościem i zdobędziesz główną nagrodę: miłość.
Ale kiedy naprawisz to, co było nie w porządku za pierwszym razem, znajdzie się coś innego, co także jest trochę nie tak jak trzeba. Kiedy i to naprawisz, pojawi się kolejny, równie drobny problem.
Twój gospodarz wcale nie zamierza uczynić ciebie – ani nikogo innego – gościem honorowym. Twój gospodarz nie potrafi uczynić cię gościem honorowym ani nawet otworzyć drzwi, żeby cię wpuścić do środka. Twój gospodarz cierpi na niedostępność emocjonalną, czyli na niezdolność do wyciągnięcia ręki i zbudowania uczuciowej więzi z inną osobą.
Szczególnie niepokojące i bolesne jest to, że ostatecznie nabierasz przekonania, iż jest to w jakiś sposób twoja wina, a więc to ty musisz to naprawić przez osiągnięcie doskonałości. Jeśli „błąd” nie zostanie naprawiony, będzie to oznaczać, że nie jesteś wystarczająco doskonały.
Pozwól mi powiedzieć ci wyraźnie po raz pierwszy to, co powtórzę jeszcze wiele razy:
NIE ZEPSUŁEŚ TEGO…
NIE MUSISZ TEGO NAPRAWIAĆ!

Wprowadzenie do książki „Emocjonalna niedostępność” Bryn C. Collins, wyd. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

fragment umieszczony za zgodą Wydawnictwa

Dla kogo jest psychoterapia?

Kiedyś, zaledwie kilka lat temu, korzystanie z psychoterapii wydawało się sprawą wstydliwą. Ludzie nie przyznawali się, że uczęszczają do psychologa. Powszechnie stawiano znak równości pomiędzy psychologiem a psychiatrą, a o takich, o których wiedziano, że korzystają z tej formy pomocy, mówiono pobłażliwie, że „mają nie po kolei w głowie”.

Obecnie sytuacja wyraźnie się zmienia. Nie można jeszcze mówić o modzie na psychoterapię, ale z tych, którzy korzystają z tego typu pomocy, zdjęto już etykietę nienormalności. Do psychologa chodzą dzieci w szkole, rodzice, z jego usług korzystają specjaliści od edukacji, działy personalne w firmach, aktorzy, sportowcy… Wreszcie stało się jasne, że skoro z problemami z ciałem bez skrępowania idzie się do lekarza, to gdy nasze trudności dotyczą relacji z innymi, myśli czy uczuć – wtedy właśnie jest czas, żeby skorzystać z pomocy psychoterapeuty.

Kiedy warto iść do psychoterapeuty? Najczęściej ludzie podejmują taką decyzję, gdy coś dokucza im w kontakcie z innymi albo z samym sobą. Mogą to być trudności w relacjach z bliskimi, stres, z którym trudno sobie poradzić przy pomocy metod stosowanych do tej pory. Czasem do podjęcia psychoterapii skłania ludzi kryzys, w jakim się znaleźli – rozwód, zdrada, śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy. Konsekwencją kryzysu może być zbyt długo utrzymujący się smutek, zmęczenie czy zniechęcenie, które boleśnie utrudniają funkcjonowanie w codziennych sytuacjach życiowych. Warto udać się do psychoterapeuty, jeśli czujemy, że dręczą nas bolesne wspomnienia z przeszłości, wspomnienia krzywdy, której doznaliśmy w dzieciństwie albo w późniejszym czasie. Niektórzy korzystają z psychoterapii, gdyż chcą po prostu lepiej poznać siebie.

Warto wiedzieć, że istnieją różne podejścia psychoterapeutyczne. Wszyscy kojarzą występującą w wielu filmach kozetkę u psychoanalityka, jednak obecnie w ten sposób pracuje stosunkowo niewielu specjalistów, większość stosuje bardziej sprzyjające kontaktowi formy pracy. Można korzystać np. z usług terapeuty pracującego w podejściu humanistycznym, behawioralno-poznawczym, gestalt czy łączącym różne ujęcia nurcie integracyjnym. Z jakiego podejścia psychoterapeutycznego najlepiej korzystać? Każde ze znanych podejść, podobnie jak każda koncepcja psychologiczna, za istotne w pracy z człowiekiem czy w poznawaniu go może uznawać inne aspekty ludzkiej osoby czy jej otoczenia. W zależności od tego, z czym chcemy sobie poradzić, jak wyglądają nasze relacje z innymi, jak jesteśmy skonstruowani psychicznie, pomocne nam mogą być różne nurty terapeutyczne. Warto też wiedzieć, że istnieją różne formy terapii: terapia indywidualna, podczas której jest się sam na sam z terapeutą, terapia grupowa, kiedy czynnikiem leczącym, poza prowadzącym grupę specjalistą, są relacje zachodzące w grupie, czasem pojawia się konieczność skorzystania z terapii dla par albo dla rodzin.

Często pierwszym kryterium wyboru psychoterapeuty jest jego płeć – część pacjentów woli pracować z mężczyznami, część z kobietami. Potem próbujemy dowiedzieć się, co na jego temat sądzą inni. Poleganie na cudzych opiniach (zwłaszcza tych zamieszczonych w Internecie) nie zawsze działa, ale warto wziąć je pod uwagę. Decydując się na psychoterapeutę, dobrze jest sprawdzić jego kompetencje zawodowe (wykształcenie, doświadczenie, certyfikaty). Ale i tak najważniejsze to wejść do pokoju, usiąść i zacząć szczerą rozmowę, dzięki której być może inaczej spojrzymy na nasze – wydawałoby się – nierozwiązywalne problemy.

Jacek Gientka

Psycholog, psychoterapeuta